Ta sprawa jest gorąca tylko z pozoru. Nie ma tu żadnego skandalu. Jest za to podręcznikowa manipulacja. Zacznijmy od twardych danych. Kalendarz i matematyka nie kłamią.
Pierwsze agregaty z polskiej zbiórki mer Kliczko odebrał 26 stycznia. Tymczasem sensacyjne ogłoszenia o sprzedaży maszyn polskiej firmy FOGO pojawiły się w sieci dwa dni wcześniej, zanim transport w ogóle dotarł do granicy.
Teleportacja? No nie. Po prostu inne egzemplarze, które z aukcją pomocową nie mają nic wspólnego. Jeden z postów, który zdobył 20 tysięcy reakcji, pokazywał agregat model FD300. Tu niespodzianka. W ramach akcji ciepło z Polski dla Kijowa w ogóle nie wysłaliśmy takiego modelu. To tak jakby ktoś pokazał zdjęcie Fiata i twierdził, że to skradziony Mercedes.
Tabliczki znamionowe z polskimi napisami to też nie jest żaden dowód. Producent z Wielkopolski, czyli firma FOGO, już wyjaśnił sprawę, sprawdzając numer seryjny tego trefnego ogłoszenia. Ten konkretny egzemplarz został sprzedany ukraińskiemu dystrybutorowi dwa lata temu.
Mało tego. Maszyna ma przepracowane 450 motogodzin. To tak jakbyś kupił używane auto z przebiegiem 100 tysięcy kilometrów i twierdził, że to jest nówka prosto z salonu.
Polski sprzęt trafia na Ukrainę od 15 lat. To jest normalny handel. Czy to, że na tamtejszym portalu aukcyjnym widzimy polski agregat, jest tak samo dziwne, jak widok niemieckiej wiertarki na naszym OLX? Czy to znaczy, że ktoś ją ukradł z transportu w Berlinie? Oczywiście, że nie. Każdy sprzęt z fundacji ma twarde kwity, umowy, darowizny i numery, które można sprawdzić w minutę.
To nie agregaty trafiły na sprzedaż, tylko my padliśmy ofiarą manipulacji. Nie dajmy się mrozić kłamstwom, kiedy w Kijowie ludzie naprawdę potrzebują prądu.