W ostatni piątek nareszcie udało mi się wybrać do teatru im. Słowackiego na " Arszenik i stare koronki" Kesselringa. Trup ściele się gęsto, opowieść o kolejnym witana jest salwą śmiechu widowni, świetna obsada, do tego stary, dobry swing.
Jak widać, można się wspaniale zrelaksować w towarzystwie morderców i szaleńców. Klasyk gatunku i dobra propozycja nie tylko dla tych, którzy pamiętaja filmową wersję z 1944 roku z Cary Grantem.
Moją przygodę z kryminałami zaczęłam we wczesnym dzieciństwie, towarzysząc śledztwom Shelocka Holmesa i jego przyjaciela doktora Watsona. Zafascynowana metodami słynnego dedektywa, usiłowałam wcielać je w życie - z różnymi skutkami.
Następny był Arsene Lupin, nie tylko dżentelmen-włamywacz, ale i dedektyw. Elegancki złodziej dzieł sztuki i klejnotów, szybko przybrał postać przystojnego Georgesa Descrieres, odtwarzajacego główną rolę w telewizyjnym serialu.
Równocześnie śledziłam losy Joe Alexa w kryminałach Macieja Słomczyńskiego i pochłaniałam książki mojej ukochanej Agathy Christie. Kilkanaście lat temu skompletowałam jej wszystkie kryminały i lubię do nich wracać, podobnie jak do serialu z Davidem Suchetem w roli Poirota.
Przyzwyczajona od dziecka do takiego typu powieści kryminalnych, nie trawię - modnych ostatnio - skandynawskich autorów, uwielbiam za to Marka Krajewskiego. Świat zbrodni jest tam wprawdzie wyjątkowo plugawy, a główni bohaterowie nie stronią od mrocznych stron życia, ale rekompensuje to fascynujące, niezwykle u nich harmonijne połączenie znajomości matematyki i filologii klasycznej. Jakże rozkoszne jest podążanie za zawiłością matematycznych konstrukcji, czy wywodami klasyków.
Niestety - jak pisze autor - " humanista w dzisiejszych czasach oznacza tylko: ten, który nie lubi matematyki".