Wiatr zaczął wiać w nocy. Nie był to żaden huragan, po prostu silny wiatr. Kiedy rano szłam z psem nad Wisłę, na chodniku przy cmentarzu żydowskim, zobaczyłam samochód sąsiadki. W pobliżu krzątały się służby porządkowe, zbierające gałęzie i tnące konary, stały też dwa policyjne samochody. Co się wydarzyło?
Mama malutkiego Franciszka jechała wzdłuż ogrodzenia / na szczęście była w drodze do pracy, więc dziecko zostało w domu z nianią/, kiedy usłyszała ogromny huk. W dach samochodu uderzył potężny konar, który stoczył się przez przednią szybę pod koła. Kobieta zachowała zimną krew, nie tracąc panowania nad kierownicą, zaparkowała na chodniku i wezwała policję, a ta miejskie służby. Przód samochodu jest doszczętnie zniszczony, ale na szczęście sąsiadce nic się nie stało.
Kto zawinił ? Pewnie nikt, drzewo wyglądało na zdrowe, może uderzyło w nie inne, spróchniałe. Z jaką mocą zwaliło się - widać na zdjęciu, metalowe ogrodzenie wygięło się jak papierowa zabawka. Przyjęło na siebie główną moc uderzenia i to prawdopodobnie ocaliło sąsiadce życie.
Od dwóch tygodni, po okolicznych skwerach krzątają się panowie przycinający gałęzie. Może przycinanie, to słowo nieodpowiednie. Oni ogałacają drzewa z gałęzi, pozostawiając drzewosłupy. Każde z tych dużych, dorodnych drzew, produkowało rocznie tyle tlenu, ile do życia potrzebują trzy osoby, było też filtrem wychwytującym cząsteczki pyłów i innych szkodliwych substancji. Było domem dla ptaków, a w lecie dawało cień. I proszę nie mówić, że gdzieś tam posadzono młode drzewa, bo żeby spełniły taką rolę, jak te stare, minie kilkadziesiąt lat.
Serce mi pęka, kiedy przechodząc obok nich codziennie, widzę wyciągnięte ku niebu kikuty gałęzi, jak niemy krzyk.
Antoine de Saint-Exupery napisał kiedyś: " Śmierć ogrodnika w niczym nie zagraża drzewu. Ale jeśli drzewo będzie zagrożone, ogrodnik umiera dwukrotnie."