Podopieczni Jacka Zielińskiego na siedem kolejek przed końcem fazy zasadniczej ligowego sezonu mieli nad strefą spadkową zaledwie dwa punkty przewagi. Tej przewagi nie byłoby wcale, gdyby Ruchowi Chorzów nie zabrano z powodu zaległości finansowych czterech punktów - wówczas Pasy stałyby tuż nad przepaścią. Sytuację Cracovii pogorszył mecz z ubiegłej kolejki, w którym Pasy zaprezentowały się jednak całkiem nieźle. Na terenie lidera w Gdańsku postawiły Lechii poprzeczkę naprawdę wysoko, w pierwszej połowie kontrolowały nawet boiskowe wydarzenia, ale ostatecznie wróciły z północy bez punktów.
Cracovia w meczu z Arką musiała radzić sobie bez jednej ze swoich największych gwiazd - Miroslava Covilo. – Miro jest obecnie w fazie rehabilitacji, trudno powiedzieć, jak długo ona potrwa – podkreślał na przedmeczowej konferencji Jacek Zieliński. – Paweł Jaroszyński trenuje już z drużyną, ale nie jest jeszcze w osiemnastce meczowej. Myślę, że będzie gotowy do gry za tydzień z Zagłębiem Lubin. Pozostali zawodnicy są gotowi na mecz z Arką – zapowiadał trener. W składzie gości pojawił się natomiast znany doskonale wszystkim kibicom Pasów Adam Marciniak.
Po raz pierwszy groźnie pod bramką Konrada Jałochy zrobiło się w 11. minucie. Na odważną próbę sprzed pola karnego zdecydował się wówczas Marcin Budziński. Piłka odbiła się od poprzeczki i spadła mniej więcej na linię bramkową, po czym wróciła w boisko. Niektórzy kibice Pasów widzieli już piłkę w bramce, ale sędzia Paweł Gil rozstrzygnął tę sytuację inaczej. Jak wykazały powtórki - mylił się. Piłka przekroczyła linię bramkową, a Pasy powinny prowadzić. W odpowiedzi kilka chwil później bezpośrednio z rzutu wolnego strzelał Dominik Hofbauer. Tym razem piłka zmierzała w światło bramki, ale dobra interwencja Sandomierskiego uratowała Cracovię przed stratą gola.
Jeszcze przed przerwą niezłą okazję miał Jaroslav Mihalik, a po drugiej stronie boiska uderzenia sprzed pola karnego spróbował Mateusz Szwoch. Zarówno jedna, jak i druga próba zakończyła się jednak niecelnym strzałem. Nadeszła jednak 42. minuta. Przemysław Trytko wparował wówczas w pole karne, znalazł się oko w oko z Grzegorzem Sandomierskim i pokonał go, posyłając piłkę między nogami bramkarza Cracovii. W pierwszej połowie padła więc jedna bramka... albo inaczej - bramki były dwie, ale tylko jedna uznana. Kibice Cracovii mieli prawo mieć do sędziego Gila ogromne pretensje za sytuację z 11. minuty.
Na drugą połowę nie wyszli już ani Diego Ferraresso, ani Sebastian Steblecki. Trener Jacek Zieliński zdecydował się posłać do boju Tomasa Vestenicky'ego oraz Mateusza Cetnarskiego. Dziesięć minut po przerwie Cracovia doprowadziła do remisu. Deleu dorzucił idealnie na głowę Jaroslava Mihalika, który nie dał Jałosze najmniejszych szans na interwencję. Pięć minut później Cracovia zdobyła nawet kolejnego gola - tym razem jednak ze spalonego. Sędzia Gil w tym wypadku sie nie pomylił i słusznie nie uznał gola zdobytego przez Vestenicky'ego. Pasy jednak wciąż nacierały. Chwilę później ten sam zawodnik postraszył bramkarza Arki, uderzając jednak minimalnie niecelnie.
Wszystko mogło diametralnie odwrócić się w 87. minucie. Przewaga Cracovii stopniowo malała, a na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry pod bramką Grzegorza Sandomierskiego zrobiło się najgoręcej. W polu karnym piłka spadła na głowę Szwocha i tylko instynktowna parada golkipera Cracovii uratowała gospodarzy przed utratą gola. Przy Kałuży rozstrzygnięcia więc nie było. Mecz przyjaźni pomiędzy Cracovią a Arką zakończył się remisem 1:1.
Punkty stracone w meczu z Arką Gdynia dla nikogo związanego z Cracovią nie są dobrą informacją. Po 24 rozegranych meczach Pasy na swoim koncie zgromadziły zaledwie 26 punktów, a strata do ósmego miejsca prawdopodobnie tylko wzrośnie. Coraz więcej wskazuje na to, że zespół Jacka Zielińskiego będzie musiał obejść się smakiem i zadowolić walką o jak najbardziej spokojne utrzymanie.
AD