Dotychczas tylko raz w ligowym sezonie 2016/17 Białej Gwieździe udało się zdobyć trzy punkty w delegacji. Miało to miejsce jesienią w Płocku. Poza tym Wisła na wyjazdach zalicza wyłącznie remisy i porażki - niezależnie czy Wisłę prowadzi Dariusz Wdowczyk, duet Kazimierz Kmiecik - Radosław Sobolewski czy Kiko Ramirez. W sobotę okazja do przełamania miała jednak wyjątkowy podtekst. Do niedawna wydawało się jeszcze, że będzie to ot kolejny zwyczajny wyjazd w poszukiwaniu punktów. W piątek okazało się, że naprzeciw Białej Gwiazdy stanie jej były trener, Dariusz Wdowczyk.
Sprawy w Gliwicach potoczyły się dosyć szybko. Najpierw pożegnano się z Radoslavem Latalem, a w piątek ogłoszono, że czeskiego trenera zastąpi na tym stanowisku doskonale znany kibicom Wisły Dariusz Wdowczyk. Człowiek, który najpierw podźwignął klub na poczatku ubiegłego roku, później jesienią zanotował fatalną ligową passę porażek, którą udało się przełamać - tu kolejny zbieg okoliczności - właśnie w spotkaniu z Piastem. Wówczas szał radości przy Reymonta wywołał Patryk Małecki, który zakończył bombardowanie bramki Jakuba Szmatuły zdobywając jedynego w tamtym meczu gola.
Później Wdowczyk w dość przykrych dla Wisły okolicznościach z klubem się rozstał i, koniec końców, kibice nie wspominają go z całą pewnością dobrze. W Gliwicach Wdowczyk trafił na byłego podopiecznego, Adama Mójtę. Za Mójtą zresztą też w Krakowie nikt specjalnie nie tęskni. Piast w ostatnich pięciu meczach nie zdobył ani jednego punktu, a fatalną serię - stosując zasadę nowej miotły - chciał przełamać w sobotę ze swoimi nowymi podopiecznymi Wdowczyk.
Mecz, który miał być szybki i emocjonujący, w pierwszej połowie dość mocno rozczarował. Klarowne okazje można policzyć na palcach jednej ręki, ale jeśli już ktoś sobie takowe stwarzał, to byli to wiślacy. Po błędzie defensywy Piasta mało brakowało, a Brożkowi udałoby się przerzucić piłkę nad bramkarzem. Szmatuła był jednak czujny. Po kilku minutach uderzenia z ostrego kąta spróbował aktywny tego dnia Tomasz Cywka - i on bramkarza Piasta nie zaskoczył. Trudno było się spodziewać w tym spotkaniu gradu bramek. Między słupkami stanęli bowiem jedni z lepszych ekstraklasowych golkiperów - po jednej stronie Jakub Szmatuła, po drugiej zaś Łukasz Załuska.
Pod bramką tego pierwszego najgroźniej zrobiło się w ostatniej minucie pierwszej połowy. Tuż przed przerwą Pol Llonch znakomicie wyłuskał piłkę spod nóg Radosława Murawskiego i goście wyszli trójką w kierunku bramki. Brożek, zamiast odgrywać do dobrze ustawionego Lloncha, rozegrał jednak do Małeckiego, który nieco zamotał się w dryblingu. Ostatecznie udało mu się jednak dośrodkować. Po małym zamieszaniu piłka spadła na nogę tego, który tę akcję rozpoczął - Pola Lloncha. Bardzo niewiele zabrakło, aby Katalończyk do efektownego początku dołożył też efektowny finał, bowiem po jego strzale piłka trafiła w poprzeczkę.
Również druga połowa rozpoczęła się dosyć spokojnie, bez poważniejszych sytuacji. Pierwsza miała miejsce dopiero w 69. minucie i od razu była to akcja bramkowa. Defensywie Piasta dał o sobie znać ofensywny duet, który pojawił się na boisku zaledwie cztery minuty wcześniej. Pierwszy z nich, Hugo Videmont, po dograniu z lewego skrzydła pognał w kierunku piłki, ale drogę zablokował mu Korun. Stoper Piasta skoncentrowany na Francuzie nie zauważył jednak Zdenka Ondraszka - drugiego ze zmienników - który dopadł do piłki i płaskim strzałem zaskoczył Szmatułę. Dziesięć minut później po prostym błędzie Mączyńskiego mógł wyrównać Piast. Środkowy pomocnik Białej Gwiazdy zagrał w kierunku Załuski nieświadomy, że na drodze piłki stanie Michał Papadopulos. Bramkarz Wisły zachował się jednak w tej sytuacji po profesorsku, wyczekał Czecha i z dużym spokojem zażegnał zagrożenie.
Do wyrównania doszło jednak w 81. minucie. Ten sam Papadopulos będąc tyłem do bramki praktycznie w parterze zagrał do Sasy Zivca, który dostrzegł z kolei małą dezorganizację defensywy rywali. Efektem tej dezorganizacji był brak przeciwnika przy Gerardzie Badii. Hiszpan bez większych problemów zakończył znakomitą okazję celnym strzałem i doprowadził do remisu. W tym momencie, a także przez kolejnych 11 minut, zdawało się, że klątwa wyjazdowych meczów z udziałem Wisły będzie miała swój dalszy ciąg. Kibice godzili się już po mału z podziałem punktów, gdy lewą stroną ruszył Videmont. Rezerwowy w tym meczu Francuz posłał znakomitą, miękką centrę w polu karnym, gdzie najwyżej wyskoczył Petar Brlek. Chorwat precyzyjnym strzałem głową zdobył swoją czwartą bramkę w tym sezonie - bramkę, która rzutem na taśmę zapewniła Wiśle trzy punkty!
Biała Gwiazda przerwała w ten sposób passę wyjazdowych gier bez zwycięstwa. Po raz ostatni, zresztą jedyny, ta sztuka Wiśle udała się 1 października ubiegłego roku w Płocku. Tam również o wszystkim zadecydował gol z doliczonego czasu gry, wówczas autorstwa Patryka Małeckiego. Praca Kiko Ramireza w Krakowie zaczyna więc nabierać coraz milszego dla oka kształtu. Przed tygodniem przed własną publicznością udało się w świetnym stylu ograć faworyzowaną Jagiellonię, w sobotę doszło do tego jakże długo wyczekiwane zwycięstwo w delegacji.
AD