Zapis rozmowy Kuby Nizińskiego z Jarosławem Królewskim, prezesem firmy Synerise i jednym z pożyczkodawców Wisły Kraków.
To był szalony poranek?
- Dzisiaj był inspirujący poranek. Musiałem się zdrzemnąć między 2:00 a 6:00. Rano zobaczyłem kwotę i byłem pozytywnie porażony. Wczoraj przed emisją akcji mówiłem, że 48 godzin nam wystarczy. Wystarczyły 24 godziny.
Wiara w kibiców i tych, którzy chcą pomóc Wiśle była ogromna. Nawet 48 godzin nikomu nie mieściło się w głowie.
- Zdecydowanie. Miałem to dobrze przeliczone. Internauci się ze mnie śmieją. Ta akcja nie jest jednak przypadkowa. Planowaliśmy ją od dawna. Pierwsze podniesienie kapitału o te 4 miliony to wszyscy myśleli, że to będzie nowy inwestor. Potem była pożyczka. To było przygotowane pod emisję.
Kupił pan akcje? Jest pan pożyczkodawcą. Jest pan pożyczkodawcą-akcjonariuszem?
- Nie kupiłem specjalnie, ze względów polityczno-medialnych. Jeśli będziemy mieli zmienić status, zrobimy to w inny sposób.
Po 13 w @RadioKrakow rozmowa @jarokrolewski Będzie o przyszłości @WislaKrakowSA ale także całej polskiej piłki:) @_Ekstraklasa_ @pzpn_pl pic.twitter.com/3SOBNQLWbi— Kuba Niziński (@JakubNizinski) 6 lutego 2019
Pracownicy firmy już się chwalili?
- Pewnie wielu z nich kupiło. Pracownicy, klienci. Wiele prominentnych osób w Polsce kupiło te akcje.
Jeszcze miesiąc temu się wydawało niemożliwe to, co się wydarzyło w tym czasie.
- Tak. Musi pan wiedzieć, że za chwilę lecę do Dubaju na dużą konferencję. Jeszcze 2 tygodnie temu mogłem oferować klub bez licencji, bez piłkarzy, w 4 lidze, bez przyszłości. Dzisiaj mam lepszą sytuację.
Zdecydowanie. Ktoś policzył 13 milionów...
- Zaraz dojdziemy do 14 milionów z karnetami. To stabilny sposób zarządzania klubem, jego restrukturyzacji. Jest przemyślana strategia inwestycji, uspokojenie sytuacji. Dzisiaj nie jesteśmy na kolanach. Możemy podejmować decyzje sami.
W Excelu ma pan założony plik „Wisła Kraków”?
- Nie w Excelu, ale tak. Mam plik. Założyłem go mniej więcej 17 dni temu, tak jak grupę na Whats Up. Tam były spisane kroki do zrobienia. Idziemy krok po kroku.
Czytałem, że w Dubaju też będzie okazja do rozmowy o przyszłości Wisły.
- Oczywiście. Tamte rejony są znane z inwestycji w kluby. Wiemy, ile klubów angielskich i niemieckich sponsorują osoby z tamtego rejonu. Ja tam jadę w celach ważnych, ale będzie też czas na Wisłę. Nawet nie w kontekście inwestycji, ale w kontekście know-how.
Inwestor jest jednak potrzebny.
- Jest potrzebny, ale dzisiaj Wisła może spokojnie grać przez najbliższą rundę. Mamy fajny okres. Teraz my możemy mieć wymagania w stosunku do inwestorów. Chodzi o poziom mentalny, organizacyjny, co inwestorzy zrobili w przeszłości. To jest świetne, że dzisiaj możemy być w komfortowej sytuacji. Rozmawiamy z wieloma inwestorami. To drugie randki, daleko do konsumpcji. Jesteśmy na takim etapie, że poznajemy różne perspektywy, zagrożenia, uczymy się. Zarząd Wisły przeszedł duży upgrade własnych przekonań. Ta organizacja dojrzewa i rodzi się na nowo. Jest taka fajna książka prezesa Microsoftu. Każdy system musi się raz na czas odnowić. To jest etap Wisły. Musi pan też wiedzieć, że założenie, że robię to dla Wisły tylko po to, żeby ocalić ten klub, jest mylne. Mam dużo szerszą ideę.
Jaką?
- Dowiecie się wkrótce.
Za 3 tygodnie chce się pan wycofać?
- Do trzech tygodni dowiecie się, że za całą ideą – oczywiście jestem zżyty z kibicami, osobami w klubie, wiem jakie są emocje – pójdą większe reformy. Nad tym pracują teraz moje zespoły.
Jak ta praca będzie owocna to polska piłka będzie lepsza?
- Tak. Jak zgadniemy jakie są lessons learned z innych rynków i przetłumaczymy, co robi mój zespół, nauczymy się nowych standardów. Jesteśmy w stanie nauczyć kibiców innego podejścia do kibicowania. Ono oczywiście może być nadal fanatyczne, ultrasowe, ale z pewną dozą klasy. To, co jest ważne, jest tak, że jak się czasem ukrywa swoje działania, jest się egoistą. Pojawiłem się na chwilę, zaraz zniknę. Chciałbym jednak, żeby te młode osoby, piłkarze, kibice, młodzi adepci zobaczyli, że w Polsce jest duch wiary, walki, ofensywy, przedsiębiorczy i nie boimy się inwestować w takie ryzyka. Oni muszą mieć taką kulturę, że nie ma co się poddawać. Jak chcemy inaczej ich wychować? To była moja misja. Ona jest osiągnięta. Czuję się spełniony. Był kiedyś taki ksiądz Jan Kaczkowski. On zachorował na raka, mówił o tym. Za chwilę został w Polsce onkocelebrytą, bo "on się chce dorobić". Nawet jak 5% ludzi dzięki niemu poczuło się lepiej, można przeżyć 95% hejterów. Ja mam tak budowane życie, że nie chce być w 500 najbogatszych Polaków, ale chcę powodować, że ludzie przekraczają swoje granice. Tyle.
Myślę o Wiśle Kraków. Pojawiają się krytycy. Te akcje są bezpieczne? Akcjonariusze są bezpieczni?
- Akcjonariusze są bezpieczni. Proszę policzyć. Takie głosy są infantylne. Podzielmy ilość pieniędzy przez ilość akcjonariuszy. Jak zaczniemy analizować zwrot z inwestycji, to nawet jak będzie on największy na świecie, dalej jest to wzrost ze 100 złotych na 500 złotych. W tej akcji jest przewidziany call. Od początku mówiliśmy, że w razie czegoś chcemy te akcje skupić. To akcja tych ludzi dla Wisły. Oni zawsze pozostaną częścią Wisły. My mamy plany, że jak w przyszłości skupimy akcje, będziemy chcieli im zapewnić miejsce pamiątkowe w Wiśle. Ci, którzy złożyli się na karnety, kupili akcje, będą mieć miejsce, gdzie będzie pomnik ludzi, którzy się nie poddali.
Gdzie są akcje własnościowe?
- Jak ktoś nie potrafi wziąć pokwitowania za złotówkę to wie pan… Następnym razem lepiej kupować za 50 złotych po złotówce. Wtedy się nie zgubią. Właścicielem Wisły są ludzie w Krakowie, nie w Szwecji, nie w Kambodży. Przed nami wiele wyzwań, żeby wyczyścić środowisko. Struktura Wisły, TS Wisły musi zostać oczyszczona.
Jak wygląda współpraca Wisła – miasto?
- Ja nigdy nie będę przeciwnikiem działań miasta. Miasto jest strażnikiem spokoju, reprezentantem wszystkich krakowian. Ono musi być transparentne. Widzę jednak wolę ze strony miasta. Załatwia to Rafał Wisłocki. Chodzi o współpracę, zrozumienie. Jeśli Wisła miała długi u miasta, żadnemu z podmiotów nie zależy, żeby ten klub utopić. Wtedy długi nie wpłyną do tego podmiotu. Każdy chce zrestrukturyzować tan klub, żeby pieniądze zaczęły wpadać. Może wolniej niż normalnie, ale na tyle szybko, żeby był widoczny postęp.
Pomysł wejścia pana do Wisły był dosyć szalony.
- Jak większość moich. Zrobiłem to, bo nikt się nie chciał nad tym pochylić. Za późno to zrobiłem. Ukręciłem sobie bat na siebie. Kilka dni na takie rzeczy to hardcore. Mogę pojechać sobie na kurs zarządzania kryzysowego na Stanford, ale tu miałem wszystko.
Myślał pan wcześniej, żeby w to wejść?
- Nie. Ruch Bogusia i Rafała (Bogusława Leśnodorskiego i Rafała Wisłockiego – przyp. red.) sprawił, że to zrobiłem. Wsparcie części moich kolegów z biznesu też było. Jednak na 10 osób, 9 osób było na "nie".
Czytałem w jednym z wywiadów, że jak pan wszedł do szatni Wisły to powiedział, że zna pan Elona Muska. Przypomniała mi się moja rozmowa z Adamem Pietrowskim. On wtedy powiedział, że Vanna Ly znał Karola Wojtyłę. To było ryzykowne stwierdzenie.
- Ja powiem tak. Uspójnię. Teraz będą mutacje tych rzeczy. Po pierwsze. Przed ogłoszeniem tego, że będę pożyczkodawcą, rozmawiałem z Kubą Błaszczykowskim. On wiedział co robimy, nie był zły. Na pewno nie na mnie. Druga sprawa. Na miejsce Tomka Jażdżyńskiego było 11-12 chętnych. Tomek był jednak najlepszą kandydaturą, żeby się dołożyć. Chciałem trzeciego inwestora, bo to zapewnia decyzyjność. W dwie osoby ciężko podjąć decyzję. Jeśli chodzi o moje wystąpienie, to był wykład na wyższym poziomie. Wydźwięk był taki, jaki powiedziałem. Nie pamiętam, kogo wymieniłem, kogo znam. Widzicie to jednak na zdjęciach. Jestem tam z Dellem i tak dalej. Nie robię sobie tylko z nimi zdjęć, ale jeżdżę do nich, spotykam się. Ja robię to na co dzień. Oni nie zainwestują przecież w Wisłę. Oni jednak potrafią mieć niekonwencjonalne idee. U siebie chcę, żeby firma działała jak algorytm. Nie zawsze tak jest. Mam nadzieję, że Wisła niedługo zacznie tak działać. Mam 30 lepszych matematyków u siebie w pracy. Jednak faktycznie miałem to przeliczone. Do dzisiaj mam dwa plany B na wszystko.
W tym biznesie jest jeszcze czynnik ludzki.
- Zawsze jest. To tak zwane szarości.
Nie boi się pan ludzi? Bandytów?
- Ratuję ich klub. Jakbyśmy dochodzili do takiego odwróconego syndromu sztokholmskiego to byłoby źle. Ratuję ich klub. Ich też czeka jakiś upgrade kim są. Nie zakładam, że środowiska są jednorodne. Cały czas ruchy bandyckie to promil wszystkich kibiców.
Będą kolejne akcje do sprzedaży, skoro poszło tak dobrze?
- W tym tygodniu będą decyzje, co będzie dalej. Nie napalamy się, ale zweryfikowaliśmy popyt i nasze zdolności podażowe. Zobaczymy.
Czytałem, że pan nie ma wpływu na kwestie piłkarskie?
- Oczywiście, że nie. Mamy kwartet decyzyjny, ale głosy są współbieżne z doświadczeniem w danych dziedzinach. Jakbym ja miał Kubie czy Tomkowi Jażdżyńskiemu wymądrzać się w kwestii transferów to byłbym niepoważny. Bez jaj.
Pana głos w ogóle się nie liczy? Czy można dopowiedzieć coś przy kawie?
- Pewnie się liczy. Pieniądze na zawodników trzeba wydać.
Czytałem, że płaci pan swoim pracownikom w firmie nawet kilkanaście tysięcy euro. Czyli te kwoty dla piłkarzy nie robią na panu wielkiego wrażenia?
- Nie. Wolę równać do góry niż w dół. Macie przykład Piątka. Jeszcze pół roku temu zarabiał pewnie tyle, ile najgorszy piłkarz Milanu. Kwestia mindsetu. Chcemy, żeby z Ekstraklasy się śmiano, żeby piłkarze byli traktowani jak imbecyle? Kiedyś tak to będzie. Czemu nie możemy zrobić z tego czegoś większego, z klasą? Żeby piłkarze byli ludźmi, którzy znają języki, uczą się? Nie powinni być tylko głupim towarem, którym można operować. Niech to będą ludzie z klasą.
Pomagając Wiśle skomplikował sobie pan życie. Mieszka pan w Warszawie. Na mecze do Krakowa?
- Żona mówi, że nie będzie mnie puszczać, ale przekonam ją, chociaż na jeden.
Żonę pan zabierze? Będzie już można, jak na trybunach będzie bardziej cywilizowanie?
- Tak. Zabiorę pewnie. Chodziła kiedyś na moje mecze.
Wywołał pan temat Glinika Gorlice. Co to znaczy na moje mecze?
- Grałem z Rafałem Wisłockim w Gliniku. Byliśmy na najwyższym poziomie rozgrywek juniorów do lat 19. Graliśmy z największymi. To super czasy. One mnie nauczyły, że nie mam czasu na imprezy i używki. Dzisiaj pomagam Glinikowi sponsorsko. Mam też reprezentantki Polski kobiet w piłce nożnej.
Czyli to wejście do piłki nie jest przypadkowe?
- Jestem z nich dumny. Dziewczyny tak grają, że mnie zajechały w pół godziny. W życiu tego nie widziałem.
Myślę o tych algorytmach, wyliczeniach… Przyzna pan jednak, że szczęścia w tej akcji ratunkowej było dużo?
- Tak. Jest duży postmodernizm w tej akcji. Mam przyjaciela, który jest ode mnie lepszy w tematach optymalizacyjnych, ale tak, było wiele postmodernizmu – dziwnych decyzji. Jak Kostala spłacaliśmy w hotelu to było to dziwne.
Przelew poszedł z telefonu?
- Tak.
Internet spowodował, że weszliśmy w zupełnie inny czas zarządzania klubem.
- Zdecydowanie. To wzorcowa akcja. Media globalne przez lata będą o niej pisać, jako o case study. Nie było do tej pory tak szybkiej i wielkiej akcji crowdfundingowej. Do tego przy takiej sytuacji, gdzie kupujemy klub, który przy wycenie 80-100 milionów złotych ma długi. Robią to kibice. To niebywałe. To nowy wzór ekonomii.
Jak teraz wybić kibicom kwestie sportowe z głowy? To nie jest przecież najważniejsze?
- Nie chcę tego odpuszczać. Ja bym chciał, żebyśmy wierzyli, że decyduje wiara, stamina, konsekwencja. Piłkarze mogą zrobić więcej niż inni. Była taka dobra książka o podświadomości. Wysłałem rozdział kibicom Wisły na Twitterze. Był tam case drużyny baseballowej w USA. To była najgorsza drużyna, przegrywała wszystko. Nowy trener nauczył ich nawyków, optymalizacji, skuteczności, żeby to ze sobą współgrało. On potem wygrywał ligę najtańszym składem.
Zresztą to piłkarze już pokazali. Grali bez wypłat.
- Dokładnie. Przez tyle miesięcy. Teraz nie powinni czuć się za dobrze, ale to super ludzie.
Wybiegam do końca roku. Pożyczka jest do końca roku. Co potem? Jak się spotkamy za rok to w jakiej sytuacji będzie Wisła?
- Wisła musi mieć sponsora, ambicje gry w Lidze Mistrzów, stabilna strukturę, dobrą kadrę zarządzającą. Pożyczkę zawsze można przedłużyć. To jest najniższy możliwy procent. Różnicę i tak chcemy dać na cele charytatywne. Musimy sobie z jedną rzeczą poradzić. To struktura akcjonariacka, przygotowanie klubu do inwestycji zewnętrznej. Tu będą odważne ruchy. Będą jeszcze rozdziały tej powieści.
Ale nie tak odważne ruchy jak poprzedniego zarządu?
- Pozytywnie odważne. Przemyślane, racjonalne. To pozwoli odciąć się od pewnych tematów.
Ma pan na coś jeszcze czas poza tym wszystkim?
- Mam firmę, robię świetne rzeczy. Mam team w tym budynku. Są w nim najlepsze osoby budujące hulajnogi, samochody elektryczne. Mamy takie ambicje. Mam wiele projektów.
Czyli elektryfikacja jest możliwa?
- Tak. Prawdą jest to, o czym mówił premier, że te samochody będą jeździły w milionach po polskich drogach. Pytanie, czy to będą nasze samochody, czy chińskie.