Michał, wielkie gratulacje! Wracasz do Polski z medalem igrzysk paraolimpijskich. To wielka sprawa. Powiedz, czy już trochę do Ciebie dotarło, że jesteś medalistą? A może ten medal gdzieś wisi w domu na szczególnym miejscu i nadal musisz się upewniać, że to prawda?
- Dziękuję. Właściwie jestem nawet podwójnym medalistą! Kiedy wróciliśmy do Polski, to już w stu procentach do nas dotarło, czego dokonaliśmy. Oczywiście byliśmy na to gotowi, bo w Pucharach Świata regularnie stajemy na podium, ale duże imprezy rządzą się swoimi prawami i wiążą się z zupełnie inną presją. Przygotowywaliśmy się do tego przez cały sezon i zrealizowaliśmy nasz plan. Wiedzieliśmy, że w konkurencjach technicznych nas na to stać. Mamy dwa medale i to naprawdę bardzo udany debiut na igrzyskach.
Ja sam, jako osoba niewidoma, jestem dla Ciebie pełen podziwu. Narciarstwo alpejskie kojarzy mi się z ogromną prędkością i sporą brawurą. Ty jeździsz ze swoim przewodnikiem, Kacprem Walasem, z którym wspólnie zdobywaliście te medale. Opowiedz, jak to wygląda technicznie, że jesteście w stanie pokonywać te wszystkie przeszkody i mijać bramki? I jak w ogóle trafiłeś na stok?
- Na stok trafiłem dzięki tacie, który sam kiedyś trenował. Był akademickim wicemistrzem Polski, a później instruktorem. To on postawił nas na nartach. Spodobało nam się to na tyle, że zaczęliśmy trenować w klubach. Początkowo startowałem w zawodach z osobami pełnosprawnymi, a gdy weszliśmy do świata sportu paraolimpijskiego, od razu trafiliśmy do światowej czołówki. Okazało się jednak, że muszę jeździć z przewodnikiem. Na początku byłem do tego sceptycznie nastawiony, bo to było dla mnie coś dziwnego, zawsze jeździłem sam. Z czasem jednak okazało się, że wiąże się to z wieloma plusami. Dziś nie wyobrażam sobie jazdy bez Kacpra, jest to dla mnie o wiele bardziej komfortowe i osiągamy dzięki temu znacznie lepsze wyniki. Moja wada nie jest na tyle duża, żebym nie był w stanie jeździć samodzielnie, ale wsparcie Kacpra na stoku to ogromna pomoc. On jedzie przede mną, informuje mnie o przełamaniach terenu, ustawieniu tyczek i o tym, co nas czeka.
A jak wygląda Wasza komunikacja na trasie?
- Mamy w kaskach wmontowane interkomy – głośniki i mikrofony – więc podczas jazdy cały czas ze sobą rozmawiamy. Wiadomo jednak, że przy sportowej jeździe nie ma czasu na długie wymiany zdań, dlatego posługujemy się krótkimi, wytrenowanymi hasłami. Moim głównym zadaniem pod kątem komunikacji jest kontrolowanie odległości między nami: mówię Kacprowi, czy ma przyspieszyć, czy zwolnić, jak blisko za nim jestem. Z kolei on daje mi znać, co jest przed nami. Musi też dostosowywać swoją prędkość do mojej, czasem wręcz musi się odwrócić i sprawdzić moją pozycję. Nie jest to łatwe, ale mamy to już mocno wyćwiczone.
Jaką największą prędkość udało Wam się rozwinąć? Macie takie statystyki?
- Kiedyś wspominałem, że osiągnęliśmy około 130 km/h, ale to dotyczyło jazdy luźnej, bez tyczek, gdzie znacznie łatwiej się rozpędzić. Na tyczkach jest zdecydowanie trudniej. Myślę, że tam rozwijamy prędkości rzędu 100 km/h. Oczywiście osoby w pełni sprawne jeżdżą jeszcze szybciej, ale dla nas to już jest naprawdę dużo. Zdecydowanie wolę konkurencje techniczne, bo im większa prędkość, tym gorzej widzę – tracę ostrość i zwęża mi się pole widzenia. Przy dużych prędkościach staje się to dużo trudniejsze i po prostu niekomfortowe. To w Polsce trenujemy głównie jazdę po bramkach, od dziecka to ćwiczymy, więc właśnie w tym czujemy się najpewniej.
Jak poznaliście się z Kacprem? I ile czasu zajęło Ci zbudowanie do niego zaufania na stoku?
- Kojarzyliśmy się z ogólnopolskich zawodów, ale nie znaliśmy się zbyt dobrze. Kacper trenował z moim ojcem w reprezentacji paralimpijskiej. Jego kariera zawodnicza powoli dobiegała końca. W Polsce często perspektywy w narciarstwie kończą się po liceum lub na studiach. Jeśli nie jest się w światowej czołówce, trzeba po prostu iść do pracy. Z kolei moja kariera w narciarstwie z przewodnikiem dopiero się zaczynała. Kacper dostał propozycję, żeby zostać moim przewodnikiem. Spróbowaliśmy i wyszło to z wielką korzyścią dla nas obu. Zaufanie budowaliśmy stopniowo, ale musimy sobie ufać na trasie w stu procentach.
Jesteście ze sobą zgrupowani czasem przez kilka tygodni. Zdarzają się między Wami "ciche dni"? Macie siebie dość?
- Wiadomo, że jak spędza się ze sobą tak dużo czasu, to czasem trzeba od siebie odpocząć. Mamy w ciągu roku mnóstwo wspólnych dni wyjazdowych. Kiedy tylko jest ku temu okazja, dajemy sobie trochę przestrzeni. Ale nasza współpraca układa się na tyle dobrze, że nie ma potrzeby wprowadzania radykalnych zmian. Wszystko idzie w naprawdę dobrym kierunku.
Zanim rozpocząłeś przygodę ze sportem paralimpijskim, czułeś dyskomfort związany z niepełnosprawnością? Czy sport był dla Ciebie sposobem na udowodnienie sobie i innym, że potrafisz w życiu osiągnąć bardzo wiele?
- Nigdy nie uważałem się za osobę z niepełnosprawnością, po prostu traktowałem to jako wadę wzroku. Pozwala mi ona w miarę normalnie funkcjonować i jestem samodzielny. Oczywiście, w szkole bywały momenty, gdzie trzeba było radzić sobie inaczej – używałem lornetki albo iPada, by powiększać materiały, ale na co dzień na pierwszy rzut oka nie widać u mnie niepełnosprawności. Jeśli chodzi o sport, to zawsze byłem bardzo aktywny: grałem w piłkę w klubie, przez wiele lat w tenisa, uwielbiam sporty wodne, jak windsurfing, trenuję też kolarstwo szosowe. Jeździłem na nartach, bo po prostu to kochałem, a z czasem to hobby przerodziło się w moją pracę i zawód. Nie ma w tym sporcie wyczynowym na tym poziomie mowy o rehabilitacji – to już pełen profesjonalizm.
To prawda, tutaj często trzeba podkreślać, że to sport na absolutnie najwyższym poziomie, wymagający pełnego zaangażowania całych sztabów i sponsorów.
- Zdecydowanie. Sport paralimpijski bardzo się rozwinął i wciąż idzie do przodu. To są już całe sztaby szkoleniowe, profesjonalni zawodnicy. Przez większość roku nas w Polsce nie ma, bo trenujemy za granicą. Trzeba się temu poświęcić na maksa, by walczyć o najwyższe cele.
To wspaniała historia, tym bardziej że Twoja siostra również startuje w narciarstwie paraolimpijskim.
- Tak, z siostrą trenujemy razem przez całe życie. Jest młodsza ode mnie, w tej chwili startuje z innym przewodnikiem. Również ma za sobą debiut na igrzyskach i osiągnęła bardzo dobry wynik. Myślę, że będzie chciała dalej to rozwijać i jej rezultaty będą z sezonu na sezon coraz lepsze. To też pokazuje, jak istotne w tym sporcie jest zgranie z przewodnikiem i zdobyte doświadczenie.
Stając na podium igrzysk, stajesz się inspiracją. Czujesz na sobie ciężar odpowiedzialności, że swoimi sukcesami możesz motywować młodych ludzi, którzy na co dzień borykają się z trudnościami?
- Chciałbym być taką inspiracją i mam nadzieję, że nasze działania przysłużą się do rozwoju sportu paraolimpijskiego w Polsce. Polski Komitet Paralimpijski i prezes Łukasz Szeliga robią świetną robotę. Liczę jednak na to, że warunki do trenowania sportów zimowych będą u nas lepsze, bo geografia Polski sprzyja raczej letnim dyscyplinom. W tych zimowych o każdy sukces trzeba walczyć ze zdwojoną siłą.
Na koniec muszę zapytać o sportową złość po ostatnim przejeździe. Złoto było bardzo blisko.
- To prawda. Te igrzyska to był jeden wielki rollercoaster emocjonalny, głównie przez ekstremalne i wciąż zmieniające się warunki pogodowe – od słońca po deszcz, śnieg i gęstą mgłę. W gigancie pierwszy przejazd poszedł nam świetnie, znaliśmy dobrze trasę i zajmowaliśmy pierwsze miejsce. W drugim przejeździe mgła niestety pokrzyżowała nam plany. Kacper musiał zjechać blisko mnie, żebym w ogóle go widział. Z racji tego, że jest moim punktem odniesienia, mój czas od razu znacznie spadł. Walczyliśmy o to, żeby po prostu dojechać do mety. Byliśmy bardzo wściekli, że złoto uciekło przez czynniki niezależne od nas, ale ostatecznie dwa medale na debiutanckich igrzyskach to gigantyczny sukces.
Który moment z tych igrzysk zapamiętasz najbardziej?
- Zdecydowanie zdobycie pierwszego medalu. To była niesamowita chwila, pierwszy wielki sukces i ogromna ulga. Zawsze najbardziej zapamiętuje się ten pierwszy medal. Mam jednak nadzieję, że to był pierwszy z wielu!