Wiele lat temu, w słowackich Tatrach zauważyłam, że kierowcy z lokalnymi rejestracjami skracają sobie drogę do wyciągu narciarskiego, jadąc pod prąd 20-metrową uliczką. Okazało się jednak, że u wylotu owej dróżki stoi policja, która " swoich" przepuszcza, a samochody z zagranicznymi rejestracjami zatrzymuje, karząc kierowców wysokimi mandatami.
Zawsze jak widzę łamiących przepisy, przypomina mi się tamta historia. Ostatnio często mi się przypomina.
Przed rokiem, na ul. Siedleckiego - od Al. Daszyńskiego do kortów, postawiono znak zakazu parkowania. Ponieważ w tej okolicy nie ma zbyt wielu miejsc do zaparkowania samochodu, okoliczni mieszkańcy zebrali podpisy, zanieśli je do Rady Dzielnicy, ta odpowiednio prośbę zaopiniowała i przesłała do ZiKITu, który przywrócił możliwość parkowania, ale wprowadził jeden kierunek od Daszyńskiego do kortów. Na odcinku wzdłuż garaży droga pozostała dwukierunkowa.
Część kierowców jadących od ul. Miodowej ignorowała znak zakazu wjazdu i jechała pod prąd w stronę Daszyńskiego, reszta na pełnym gazie skręcała w osiedle, pędząc wąskimi uliczkami wokół placu zabaw dla dzieci.
Mieszkańcy osiedla ponownie zebrali podpisy i udali się po pomoc do swoich radnych. Teraz uliczka, na której nie mogły się wyminąć samochody, od ul. Blachnickiego do cmentarza, stała się jednokierunkowa.
Kierowcy, którzy przy kortach skręcają w stronę garaży, chociaż znak wyraźnie informuje, że droga jest ślepa, dojeżdżają do znaku zakazu wjazdu prosto - w strone Daszyńskiego i w lewo - w osiedle.
Ale co tam znak, ważne, żeby zaoszczędzić drogi. Na początku mogli się zagapić, ale po miesiącu robią to z pełną premedytacją. Kiedy mieszkańcy machają do nich, wskazując na zakaz wjazdu, jedynie nieliczni cofają samochód. Większość udaje, że nie widzi, puka się w czoło, albo wystawia środkowy palec. Ale tolerancja się skończyła - coraz częściej za żywopłotem czeka policjant...