Osiedlowa uliczka, jak to osiedlowa uliczka, wąska i zastawiona samochodami. Wychodzę z bramy i widzę nadjeżdżający samochód. Jedzie wolno i jakoś tak dziwnie, wężykiem. Z daleka wydaje się, że za kierownicą siedzi młody mężczyzna, obok niego kobieta, ale gdy zakręca, przejeżdżając mi prawie po butach, widzę z osłupieniem, że autem kieruje mały, może czteroletni chłopczyk, siedzący na kolanach ojca. Malec trzyma w rączkach kierownicę, chociaż głowa poza nią nie wystaje. Przez przednią szybę widzi zapewnie niebo i drzewa, ale z pewnością nie widzi stojących samochodów, ogrodzenia, żywyopłotów i chodnika.
Samochód mija mnie i chybotliwie oddala się w kierunku głównej ulicy. Po drodze odbija się od krawężnika. Staje przed skrzyżowaniem osiedlowej uliczki z główną i tam już chłopczyk wraca na swój fotelik.
Wszyscy się świetnie bawią, dziecko jest roześmiane, śmieją się też rodzice, choć im zabrakło chyba wyobraźni.
Rozumiem jaką frajdą dla dziecka może być " prowadzenie" samochodu. Sama kiedyś tak kierowałam siedząc tacie na kolanach, ale byłam większa od tego malucha - widziałam co jest za szybą i było to na pustym, dużym placu.
Tu jednak lekcja jazdy odbyła się na wąskiej uliczce, między samochodami i strach pomyśleć co by było, gdyby malec gwałtownie skręcił, wjechał w coś, lub kogoś i wybuchła poduszka powietrzna. Buzię miał kilka centymetrów od kierownicy...