Średnie obłożenie w hotelach i pensjonatach w obu uzdrowiskach od początku wakacji wyniosło 90 procent – zazwyczaj sięgało maksymalnie 70 procent. W Muszynie najwięcej turystów można było spotkać w zabytkowych piwnicach ratusza, czyli najnowszej atrakcji uzdrowiska otwartej w czerwcu, a także na odnowionym rynku. Dziś, choć to ostatni dzień wakacji, też było ich sporo. Liczby mówią same za siebie – podkreśla Jan Golba, burmistrz Muszyny.
"Rekordy padły na pewno na ścieżkach rowerowych, bo tu możemy powiedzieć - sam lipiec - 17 tysięcy osób. Jeżeli chodzi o ogrody, to było 20 tysięcy w lipcu - w ogrodach sensorycznych, bo jeszcze ogrody, bo jeszcze ogrody tematyczne i ogrody biblijne. Rekordy bił ratusz - 25 tysięcy osób odwiedziło nasz budynek" – komentuje Golba.
Dokładna dane możemy poznać dzięki kamerom, które liczą turystów. Sczytują też tablice rejestracyjne, stąd wiadomo, że najwięcej gości do Muszyny przyjechało z województw małopolskiego, mazowieckiego i śląskiego. Krynica nie prowadzi tak szczegółowych wyliczeń. Wiadomo jednak, że w lipcu do budżetu miasta wpłynęła rekordowa kwota z opłaty klimatycznej, którą ponoszą wszyscy turyści nocujący w uzdrowisku. Tak dobrego sezonu letniego nie było tu od 10 lat. Jak wyjaśnia Daniel Lisak, z Krynickiej Organizacji Turystycznej, wówczas Polacy spędzili wakacje w kraju, bo bali się zamachów terrorystycznych, teraz niepewnej sytuacji epidemiologicznej.
"Osoby indywidualne podejmowały to ryzyko, żeby wyjechać za granicę, ale już rodziny z dziećmi szukały stabilności i wybierały polskie kierunki z tego względu, że zawsze, chociażby nie wiem co się wydarzyło, w sytuacji epidemiologicznej, zawsze można w kilka godzin powrócić do swojego miejsca zamieszkania" – mówi Lisak.
Można powiedzieć, że branża turystyczna na południu Małopolski odbija się od dna po koronawirusowym lockdownie. O odrabianiu strat, nawet na Podhalu, gdzie turyście wręcz ocierali się o siebie na górskich szlakach, nie ma co mówić – podkreśla Agata Wójtowicz, z Tatrzańskiej Izby Turystycznej.
"Pamiętajmy o tym, że naprawdę nie mieliśmy sezonu zimowego, czyli takiego najlepszego w całym roku. Nie da rady już tego odrobić, ale cieszymy się, że zarobiliśmy, chociaż na to, żeby w tej chwili żyć, spłacić część swoich długów, które żeśmy zaciągnęli o wiele wcześniej i z niecierpliwością, a także z wielką niepewnością patrzymy w przyszłość" - komentuje Wójtowicz.
Dlatego restauratorzy, hotelarze i właściciele pensjonatów liczą, że wkrótce aura się poprawi i do Małopolski zawita złota Polska jesień, a wraz z nią wrócą turyści. Wszyscy też liczą, że nie będzie kolejnych lockdownów.