Wiele razy w Nowy Rok jechałam do pracy na dyżur o 5 rano. Byłam świadkiem scen zabawnych, groźnych i niecenzuralnych. Raz zdesperowany młody człowiek, dla którego pewnie zabrakło taksówki, wyskoczył wprost pod koła mojego samochodu. Na szczęście udało mi się go ominąć.
Zawsze w noworoczny poranek reporter robił materiał o sprzątaniu rynku po sylwestrowej zabawie. Szczególnie jeden zapadł mi w pamięć - rozmowa z zupełnie pijanym panem sprzątąjącym, który walcząc z dykcją, opisywał co pozostawili po sobie uczestnicy owej zabawy.
Lubię noworoczne poranki, kiedy Kraków jest wymarłym miastem bez ludzi i samochodów. Tym razem, gdy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam padający deszcz i mokre chodniki. Niestety, już pierwszy krok po wyjściu z bramy, wyprowadził mnie z błędu,. Deszcz, owszem, padał, ale marznący a chodniki nie były mokre, a pokryte lodem. Dodatkowe pułapki tworzyły porozbijane butelki i resztki fajerwerków. Spacer z psem okazał się nie lada wyzwaniem, bo każdy krok mógł się skończyć efektownym axelem lub rittbergerem.
Kiedy między świętami a sylwestrem leżała cienka warstwa śniegu, chodniki były posypywane nawet kilka razy dziennie mieszanką piasku i soli. W pierwszy dzień nowego roku wyglądały jak lodowisko do popołudnia. W mojej okolicy, w centrum miasta, posypano je dopiero ok. godz. 15, kiedy zaczęła się odwilż i nie było to już potrzebne. Widać pomyślano, że każdy normalny krakowianin leży w łóżku lecząc kaca, a nie włóczy się bez sensu po oblodzonych chodnikach.