W pewien sposób sama uczciłam pamięć tego kompozytora, bo właśnie przeczytałam książkę „Lutosławski” Danuty Gwizdalanki z serii „Małe monografie” Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. Książka nie jest zbyt nowa, opublikowana została prawie pięć lat temu, ale nie ma to znaczenia. Autorka, Danuta Gwizdalanka, należy do tych pisarzy muzycznych, którzy mają lekkie pióro i są stworzeni do pisania o muzyce. Wystarczy przypomnieć, takie pozycje jak np.: „Muzyka i polityka” albo monumentalna bo licząca prawie tysiąc stron książka „Uwodziciel. Rzecz o Karolu Szymanowskim”. Ta ostatnia pozycja wiele namieszała w środowisku. Napisana została tak, że nie można się od niej oderwać, ściąga Szymanowskiego z pomnika, szoruje z nieprawdziwych naleciałości i odsłania prawdziwą twarz kompozytora.
„Lutosławski” to pierwsza książka Danuty Gwizdalanki z serii „Małe monografie”. Po niej były następne: „Mozart”, „Szymanowska” i „Wajnberg”. Ale to właśnie najbardziej ciekawa byłam „Lutosławskiego”, nie tylko ze względu na kompozytora. Ciekawiło mnie jakie informacje o Lutosławskim znajdą się w tak małej książeczce, zwłaszcza, że autorka wielokrotnie pisała o Lutosławskim, a jej dwutomowa monografia tego kompozytora napisana wspólnie z mężem, Krzysztofem Meyerem, sprzed 20 lat była fascynująca i została nominowana do nagrody Długosza. Dwutomowa! A teraz książeczka, mała, kieszonkowa, popularna, mająca za zadanie wprowadzić w życie i w muzykę Lutosławskiego tych, którzy nie są specjalistami w tej dziedzinie. Sztuka eliminacji materiału to trudna sztuka. Wiem coś o tym. Dlatego przeczytałam tę książeczkę z podziwem. Wszystko co najważniejsze w niej jest, na wszystko znalazło się miejsce.
Lutosławski to niezwykle ciekawa postać. Był nazywany przez melomanów Księciem Muzyki minionego stulecia, zaś przez muzyków pieszczotliwie Lutosem. W twórczości okazał się samotnikiem, nie wychował następców. Nie miał w sobie nic z gwiazdora i niechętnie udzielał prasowych wywiadów. Rytm życia wyznaczała mu muzyka: komponował i dyrygował. Muzyce podporządkował całe swoje życie. Pisał systematycznie, wręcz żmudnie i z benedyktyńską cierpliwością. Jego utwory powstawały długo. Cyzelował je latami. Ale osiągnął mistrzostwo w sztuce komponowania, niespotykane wśród twórców XX wieku.
Nie zabiegał o rozgłos, choć prawykonania jego utworów cieszyły się powodzeniem i odbywały się na najlepszych estradach koncertowych świata. Takie kompozycje jak m.in.: Koncert na orkiestrę, Koncert wiolonczelowy, Muzyka żałobna, Koncert fortepianowy, Łańcuch II, są wykonywane i to przez kolejne pokolenia muzyków. Podobnie jak jego popularne piosenki. Warto pamiętać, że po wojnie Lutosławski związany był z Polskim Radiem. Opracował muzycznie 80 audycji, napisał 11 pieśni masowych, co stało się jego przekleństwem i kilkadziesiąt piosenek, na zamówienie Polskiego Radia, które podpisywał pseudonimem Derwid. Kilka z nich zyskało popularność, jak choćby „Nie oczekuję dziś nikogo”.
Lutosławski dzień za dniem zamknięty w swojej pracowni, odgrodzony od świata buforem ciszy – podwójnymi drzwiami i szczelnie zamkniętymi oknami, z dala od rodzinnego zgiełku – budował swój język kompozytorski. Wypracował indywidualny styl, rozpoznawalny po kilku taktach. Został doceniony. Otrzymał wiele prestiżowych nagród, w tym doktoraty honoris causa kilkunastu uczelni, m.in. Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Uniwersytetu w Cambridge.
I właśnie książka Danuty Gwizdalanki „Lutosławski” z serii małe monografie PWM wprowadza w świat kompozytora i w czasy, w jakich przyszło mu żyć. W sumie 21 rozdziałów plus kalendarium życia i twórczości, bibliografia i indeks nazwisk. Ciekawa pozycja i bardzo przyjemna do czytania. Warto!