Reżyseria: Lucrecia Martel
Produkcja: Argentyna, Francja, Hiszpania, Holandia, USA
„Zama” w reżyserii Lucreci Martel znalazła się w zaszczytnym gronie najlepszych filmów 2017 roku i stała się kandydatem Argentyny do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Nie oznacza to jednak, że jego odbiór będzie łatwy i przyjemny. Wręcz przeciwnie. „Zama” to niezwykle wymagający formalnie obraz, który niejednego widza wystawi na ciężką próbę. Może nawet zakończoną przedwczesnym wyjściem z kina. Wszystko dlatego, że film Martel został zrealizowany w estetyce slow cinema cechującej się niekonwencjonalnym schematem fabularnym, niespiesznym tempem narracji wyrażonej w niezwykle długich ujęciach i redukcją liczby dialogów do niezbędnego minimum. „Zama” jest jednak interesujący nie tylko z powodów formalnych, ale też ze względu na sposób ukazania tematyki związanej z życiem białego człowieka w epoce kolonialnej.
Lukrecia Martel do ukazania losów Diego Zamy używa bowiem osobliwego języka, za pomocą którego wyraża alienację, samotność i rozpacz dojrzałego mężczyzny doświadczającego udręki życia w kolonii odległej od rodzinnego domu. Bohaterowi ciąży nie tylko ogólne zniechęcenie, apatia i zanik potrzeb seksualnych, ale też brak nadziei na lepszą przyszłość. Z piedestału możnego pana i władcy sięga dna dostrzegając bezsens istnienia niczym postaci z kart powieści Franza Kafki czy Samuela Becketta. I on czeka na swojego Godota.
Polski dystrybutor filmu widzi w „Zamie” odbicie współczesności: „Bohater przypomina daremnie wyglądającego awansu pracownika korporacji, który uzależnił całe swoje życie od mitycznej firmy; ślepego na to, że podczas, gdy on czeka na decyzję z centrali, wokół niego w najlepsze toczy się życie”. Ja dostrzegam w filmie Martel przede wszystkim ostrą krytykę kolonializmu – czasu niewoli, poddaństwa i zezwierzęcenia jednostki, w którym upadają wszelkie cywilizacyjne normy.