Hannes Holm nie kreśli jednak jednowymiarowego portretu bohatera (dokonującego kilku prób samobójczych), nad którym nie ulituje się nawet jeden widz. Jego Ove przypomina bowiem archetypicznego Hioba – ukrywającego się pod bezpieczną maską pogardy, znieczulicy, apatii i agresji – który przeszedł w życiu niejedną dramatyczną próbę.
„Mężczyzna imieniem Ove”, choć został uhonorowany Europejską Nagrodą Filmową w kategorii „najlepsza komedia”, jest jednak śmieszny tylko pozornie. Uwiedzenie groteskowym humorem, cechującym dzieło Holma, szybko wyłowimy z niego również poważne tematy związane choćby z dojmującym uczuciem przemijania, samotnością, alienacją, depresją, traumą po stracie ukochanej osoby, ale też i z dozgonną przyjaźnią. „Mężczyzna imieniem Ove” jest też filmem o głębokiej przemianie człowieka, który zrzucając przebranie zimnokrwistego drania, staje się mężczyzną o wielkim sercu. Nic jednak nie byłoby możliwe, jak przekonuje Holm, bez miłości.
Optymistyczna refleksja towarzysząca szwedzkiemu twórcy, nie podsunęła mu jednak hollywoodzkiego happy endu. Uczucie – obleczone nieraz w sentymentalne wspomnienia – zostaje bowiem w filmie przedstawione również jako siła niszcząca głównego bohatera, który – wbrew temu, co pisała Maria Pawlikowska-Jasnorzewska – nie potrafi żyć bez powietrza. Tylko przez symboliczną chwilę, po śmierci swojej żony Soni, oddycha pełną piersią otwierając się na przyjaźń, która przychodzi do niego niespodziewanie.
Z depresji jak i z potężnego uścisku prawdziwej miłości nie sposób się nieraz wyzwolić.
Urszula Wolak