Tym razem śledzimy losy młodziutkiej Rey (Daisy Ridley), która odnalazła Skywalkera na odciętej od świata wyspie, szkoli się pod jego okiem i ku jego zdziwieniu okazuje się wyjątkowo pojętną uczennicą. Tymczasem Kylo Ren (Adam Driver), syn księżniczki Lei (Carrie Fisher) i Hana Solo, dokłada starań, żeby unicestwić siły rebeliantów. Po stronie rebelii znów walczą były szturmowiec Najwyższego Porządku Finn (John Boyega) i genialny pilot Poe Dameron (Oscar Isaac).
W opowieści o ostatnim Jedi powracają te same motywy i znani od dekad ikoniczni bohaterowie; walczą ze sobą dobro i zło, bohaterowie, by zwyciężyć muszą najpierw zmierzyć się sami ze sobą, w kosmosie trwa wojna, a zwycięstwo jednej ze stron wcale jej nie kończy. Nowością najnowszych części jest większe akcentowanie przez twórców roli kobiet w międzygalaktycznej rebelii wpisujące się w ogólnoświatowy trend obecny we współczesnym kinie głównego nurtu.
„Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi” to już nie tylko księżniczka Leia, ale też obdarzona mocą Skywalkera odważna Rey – o czystym sercu, gotowa przebaczyć Kylo Renowi jego największe zbrodnie, wierząca w człowieka. To ona właśnie i niepozorna pilotka Rose stają się nosicielkami pięknego w swej prostocie motta towarzyszącemu „Ostatniemu Jedi”, które mówi, że nie zwyciężymy zła zabijając, ale ocalając naszych przyjaciół – innymi słowy; zło dobrem zwyciężaj.
Co ciekawe, wyraziście zarysowane przez reżysera kobiety stoją jedynie po jasnej stronie mocy. Budowane są również w opozycji do męskich bohaterów. Są mniej porywcze od nich, stronią od emocji kierując się zdrowym rozsądkiem i opanowaniem. Moc jest z nimi, a one nie zawahają się jej użyć. Wyłącznie w dobrej wierze.
Urszula Wolak