Podobno Domalewski pojawił się w Starym Teatrze z propozycją zrealizowania „Bzika kolonialnego”, historycznego reportażu Grzegorza Łysia. Ta rzeczywiście ciekawa książka poświęcona jest polskim planom uzyskania zamorskich kolonii. Z tego pomysłu jednak zrezygnował. Choć w sumie nie do końca, wszak „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza cieszy się zasłużoną niesławą dzieła polski kolonializm niechlubnie propagującego.
Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto z wypiekami na twarzy nie śledził losów Stasia Tarkowskiego, białego Polaka na „czarnym lądzie” (sama mam na sumieniu także lekturę licznych tomów pióra Alfreda Szklarskiego o staszkowym klonie, czyli Tomku Wilmowskim, równie dzielnym, tak samo białym, szlachetnym i wyposażonym w strzelbę). Staś chroni, broni, naucza i cywilizuje, jest obrazem niezłomnego patrioty, mężczyzny, który odważnie bierze na swe silne ramiona odpowiedzialność za innych, słabszych i potrzebujących kurateli. W tej postaci i jej transformacji ukryto jeden z kluczy do krakowskiego „W pustyni i w puszczy”.
Ale wróćmy do polskiego kolonializmu, osobliwej utopii, wykwitającej w niepodległym już kraju w latach 20. XX wieku. Kilka lat po zrzuceniu trwającego 123 zniewolenia, kolonialni aktywiści szykują się do zdobycia zamorskiego terytorium. Będzie tam można na przykład przesiedlić niektórych kłopotliwych obywateli, rozwijać rolnictwo. Są już plany mundurów, są pełne emocji debaty o polskim honorze. To jeden z ważnych, ale nie najważniejszy wątek spektaklu. Co ciekawe, spektakl nie wpisuje się przy okazji w popularny wciąż nurt culture cancel, „kultury unieważniania”. A przecież obnażenie, ośmieszenie i potępienie kolonialnych słabostek noblisty, notabene duchowego patrona kolonizatorów-marzycieli, byłoby zapewne godnym i politycznie poprawnym zabiegiem. Są za to inne, na pewno mniej oczekiwane, na pewno bardziej dotkliwe. A kolonizatorzy naprawdę pojawiają się na scenie, ale wyłącznie w... snach.
„Zamknij oczy Nel...” to po prostu opowieść o rodzinie, z antykolonialnym, ale i antypatriarchalnym przesłaniem wszytym w spektakl ściegiem wyszukanym, dyskretnym, prawie niewidocznym. Rodzina jest właściwie zwyczajna, oczywiście niezbyt szczęśliwa, na dodatek w szczególnym momencie. Tworzy ją Matka (Dorota Pomykała) i trójka dorosłych dzieci (Katarzyna Krzanowska, Radek Krzyżowski, Filip Perkowski), dwoje starszych założyło już własne rodziny (poznajemy jednego ze współmałżonków). Udar, którego nagle doznaje starsza pani, zmienia wszystko. Dorosłe dzieci muszą podzielić się opieką nad chorą, przestawić na jakiś czas życiowe priorytety, przepracować traumę (w ramach NFZ opiekunowi matki przysługują 3 refundowane wizyty u psychotraumatolożki). I nawet jeśli my sami nie doświadczyliśmy przewlekłej choroby starszego rodzica, na pewno takie historie słyszeliśmy. I nikogo nie dziwi, że na scenie, pomiędzy rodzeństwem rusza jakże typowa dla okoliczności seria oczekiwań, kalkulacji, żalów, wzajemnych pretensji.
Na dodatek sytuację komplikuje fakt, że starszej pani wydaje się, że jest... Nel. Tak, Pomykała ma na scenie 8 lat, przeżywa przygody Nel Rawlison z „W pustyni i w puszczy”. Tęskni za tatusiem, doprowadza do uratowania słonia Kinga, zaprzyjaźnia się z Meą i Kalim. Sceniczny Staś (syn nazwany tak przez mamę polonistkę na cześć Stasia Tarkowskiego) znów musi stanąć na wysokości zadania i zaopiekować się małą Nel. Choroba wprowadza do tej historii faktor „niesamowitego”, sprawia, że staje się częściowo baśnią, fantazją, kwestionującą granice tego, co możliwe.
Domalewskiemu i jego ekipie udało się zrobić akrobatyczną przewrotkę, w której podejrzana ideowo historia o dzieciakach wędrujących przez pustynię, jest zaledwie (albo aż) punktem odniesienia dla nowej, nadpisanej opowieści. Rodzinnej, intymnej, pełnej wstydu, traum, ale i czułości, choć tego ostatniego słowa bardzo już w przestrzeni publicznej nie lubię (okropnie się zdewaluowało). Czy już wiecie, w jakiej postaci z bajki chcielibyście się odrodzić po długim życiu? Doskonały temat do medytacji.
Ten spektakl jest trochę jak sen, trochę jak śmieszno-straszny kabaret, momentami jak okrutna psychodrama. Świetnie napisany, z doskonałą pracą aktorek i aktorów. Zarówno tych, który gwiazdy świecą bardzo jasno na pierwszym planie, ale i tych, którzy pojawiają się w kilku rolach, programowo nieznacznych (jak Sąsiadka Pauliny Pustelnik czy Szwagier Przemysława Przestrzelskiego). To opowieść bez wielkich gestów, ze scenariuszem pełnym niuansów, pozwalających wybrzmieć zarówno powadze, jak i ironii.
Zapytacie może, a jaki (do cholery) ma to związek z Ligą Morską oraz Henrykiem Sienkiewiczem? Podążając za tytułem, „epilog” dopowiada nowe interpretacje sienkiewiczowskiej powieści. Zarówno książka noblisty, jak i przedstawienie w NST, choć zdecydowanie na różnych planach, tworzą tu kolejne części opowieści o transformacji: o dorastaniu, dojrzewaniu do samostanowienia i przede wszystkim do mądrego dzielenia się odpowiedzialnością. Mówią o trudnym dorastaniu do chwili, w której wreszcie pozwalamy sobie zabłądzić, jak w szalonej baśni, popełnić błąd, jak w życiu, głupio zareagować, odpuścić. To może być trudne. Ale nie lękajcie się. Zawsze jest nadzieja, że i w naszej historii pojawi się Dorota Segda, dobra wróżka-psychoterapeutka, prawdziwa Nel w niebieskiej, dziewczęcej sukience z szarfą. I wszystko stanie się możliwe.