Całe swoje życie podporządkował muzyce, to ona wyznaczała mu rytm każdego dnia. Był niepoprawnym optymistą, wielkim miłośnikiem wspinaczki górskiej, świetnym narciarzem i smakoszem. Jadał niewiele, ale wykwintnie; bardzo cenił dobre czerwone wino, oliwę w najlepszym gatunku i nie znosił octu. Był wielką gwiazdą światowej dyrygentury, ale jednocześnie skromnym człowiekiem i zawsze ciekawym świata i innych.
Pochodził ze Lwowa. Miał być pianistą. Przed wojną jego dziecięce koncerty były transmitowane przez lwowskie radio, a znawcy wróżyli mu wielką pianistyczną karierę. Jednak wybuch bomby w czasie wojny, zniszczył mu ręce. Musiał zapomnieć o fortepianie.
W 1945 roku wyjechał ze Lwowa. Zamieszkał w Krakowie u przyjaciół, a jego rodzice osiedlili się w Opolu. Zgłosił się do Konserwatorium Krakowskiego czyli późniejszej Akademii Muzycznej, przeszedł przez egzamin i został asystentem w klasie dyrygentury Waleriana Bierdiajewa. Prowadził ćwiczenia z dyrygowania przy fortepianie. Powoli zaczął wrastać w krakowskie środowisko muzyczne. Poznał Andrzeja Panufnika, który prowadził wówczas Orkiestrę Filharmonii, zaprzyjaźnił się z Romanem Palestrem, u którego pobierał lekcje kompozycji.
W latach 50. w Filharmonii Krakowskiej przez kilka sezonów był I dyrygentem. I właśnie stąd wyruszył w 1956 roku do Rzymu, na konkurs dyrygencki. Zdobył pierwszą nagrodę. Dzięki niej stanęły przed nim otworem Włochy. Przez dwa lata jeździł po włoskich miastach z koncertami. Potem podróżował po Anglii i Niemczech. Ale najważniejsza dla niego okazała się propozycja George'a Szella, który zaproponował mu prowadzenie orkiestry w Cleveland, najwspanialszego wówczas zespołu na świecie. W ten sposób otworzyły się przed nim złote wrota Ameryki. W dwa lata później został dyrektorem orkiestry w Minneapolis, z którą spędził 19 lat, i dla której wybudował wielką salę koncertową. Muzycy byli do końca mu za to wdzięczni i obdarzyli go tytułem dyrygenta-laureata orkiestry w Minneapolis.
Prowadził największe orkiestry świata, wykonując różnorodną muzykę, ale pamiętamy go jako wielkiego interpretatora Mozarta, Beethovena, Schumana, Prokofiewa a także muzyki najnowszej, w tym Krzysztofa Pendereckiego. Ale przede wszystkim do dziś uchodzi za najlepszego wykonawcę dzieł Antona Brucknera. Za interpretację symfonii tego twórcy, Towarzystwo Mahlerowsko-Brucknerowskie uhonorowało go Złotym Medalem. O fascynacji Brucknerem mówił: „Byłem dzieckiem. Szedłem ulicą, kiedy nagle z otwartego okna usłyszałem dźwięki. Nie miałem pojęcia, co to jest za piękny utwór. Stałem pod oknem i słuchałem. Po powrocie do domu nie mogłem zapomnieć tej muzyki. Po kilku dniach okazało się, że było to Adagio z VII Symfonii Brucknera.”
Stanisława Skrowaczewskiego poznałam w połowie lat 90., gdy przyjechał do Polski, z koncertami do Filharmonii Krakowskiej po kilkudziesięciu latach emigracji. Po wieloletnim wymazywaniu śladów jego działalności przez władze PRL-u, oto wielki dyrygent, sława pojawił się w Krakowie, a ja dostałam szansę przeprowadzenia z nim wywiadu. Bałam się tej rozmowy, bo mało wiedziałam o tym dyrygencie. Nota biograficzna z encyklopedii muzycznej była niezwykle skromna, a wspomnienia paru osób znających go z lat 50., zbyt ogólne. Oczywiście wiedziałam, że sława dyrygencka, że Ameryka, że nagrody. Ale już po paru minutach rozmowy, byłam pewna, że mam do czynienia z niezwykłą osobowością, charyzmatycznym artystą, a jednocześnie bardzo skromnym, miłym i serdecznym człowiekiem.
Tak rozpoczęła się nasza znajomość, której efektem były liczne teksty, wywiady, w tym ten największy, wywiad-rzeka opublikowany w książce „Byłem w niebie” przez PWM. Wymienialiśmy listy. Stanisław – bo tak prosił bym się do niego zwracała – przysyłał mi kartki ze swoich podróży koncertowych, dzwonił, zawsze też spotykaliśmy się, gdy był w Polsce. Do dziś mi brzmi w uszach jego powitanie: „Agnieszka, jak się masz; co u ciebie słychać?”. Wysyłał też mi swoje płyty. Chyba najcenniejsza dla mnie jest VII Symfonia Brucknera ( z tokijska orkiestrą) – to nie tylko doskonała interpretacja, ale w tym utworze jest jeszcze coś, czego nie umiem określić, coś co niezwykle wzrusza.
Stanisław Skrowaczewski jest mniej znany, zwłaszcza w Polsce, jako kompozytor. A szkoda. Napisał kilkadziesiąt utworów symfonicznych i kameralnych, pisał także muzykę do filmów. Był jednak dla siebie kompozytora bardzo surowy. W jednym z ostatnich wywiadów jakich mi udzielił mówił: „Gdy komponuję, mój kosz na śmieci jest zawsze pełny. Surowo siebie oceniam, ale innych też.” Szkoda, że utwory Stanisława Skrowaczewskiego nie są znane, bo jego kompozycje, począwszy od „Uwertury” (utwór który został nagrodzony na Konkursie Kompozytorskim im. Karola Szymanowskiego) wielokrotnie otrzymywały międzynarodowe wyróżnienia.
Stanisław Skrowaczewski mówił, że dyrygowanie i komponowanie, to przeciwstawne profesje, wymagają krańcowo różnych cech charakteru. To jak godzenie ognia z wodą. Bo jako dyrygent zawsze musiał stać w świetle jupiterów, jako kompozytor zaszywał się w swojej pracowni, z widokiem na ogród i jezioro, z dala od zgiełku. Przejście z jednego zawodu w drugi wymagało dla niego czasu. Dlatego nigdy nie potrafił komponować w hotelu między próbami. Do komponowania potrzebował wolnej głowy, tzw. oczyszczenia. A najlepszym oczyszczeniem okazywał się sport.
Stanisław Skrowaczewski stał się mistrzem dla wielu pokoleń dyrygentów, zagranicznych i polskich. Mistrzem i niedościgłym wzorem. Dla nas melomanów stał się mistrzem interpretacji muzyki. Na szczęście pozostało po nim wiele nagrań, które ciągle fascynują. Warto posłuchać i wspomnieć tego mistrza batuty!