Jest to ciekawa płyta: dwóch kompozytorów, dwa tria i trzech wykonawców: Piotr Lato – klarnet , Aleksander Gebert – wiolonczela i Bartłomiej Kominek – fortepian. Nagranie miało na celu przede wszystkim pokazanie polskich utworów na ten skład instrumentów, który w naszym kraju nie jest może aż tak popularny, jak w światowej literaturze muzycznej. Ta płyta jest zresztą pierwszą rejestracją tych kompozycji, w co trochę trudno uwierzyć, zwłaszczazwłaszcza że Trio Góreckiego uważane jest za jeden z utworów, który wytycza nową drogę w twórczości tego kompozytora.
Obydwa tria zostały fantastycznie wykonane, więc zmuszają do słuchania. Ta muzyka wciąga, zwłaszcza trzyczęściowy utwór Góreckiego z 1984 roku, zatytułowany „Lerchenmusik” op. 53, który jest dla mnie muzyką transową z ludowym wydźwiękiem. Andrzej Chłopecki pisał co prawda, że to nie jest trans tylko wręcz osłupienie, a nawet użył stwierdzenia, że to „muzyka katastrofy – muzyka o bezsensie pisania muzyki”. Jednak to zdanie krytyki na tyle się spodobało Góreckiemu, że zdecydował się na rewizję swojego utworu, wzmacniając te elementy, które Chłopecki mu wytykał. Jak wiadomo Górecki, był przewrotny i pewnie dlatego zdecydował się na ten krok. Ale też z tego kroku – wydawałoby się, że dość ryzykownego – zrodziło się trio, które stało się istotne w spisie twórczości tego kompozytora.
Marak Stachowski natomiast w swojej kompozycji z 1999 roku, a więc napisanej w 15 lat po utworze Góreckiego, poszedł bardziej klasyczną ścieżką. Wiadomo, że Stachowski nie krył swojej fascynacji Beethovenem i w tym przypadku wiedeński mistrz, stał się dla innego inspiracją . Utwór krakowski kompozytor zbudował z czterech części, które są zbiorem wielu technik kompozytorskich. Można tu odnaleźć m.in. polifonię czy technikę wariacyjną. Oczywiście nie znaczy to wcale, że utwór ten jest w starym stylu. Te dawne techniki okazały się dla twórcy kanwą, by utkać na niej całkiem nowoczesną kompozycję, daleką od awangardy czy modnego w ostatnich latach minimalizmu.
Henryk Mikołaj Górecki i Marek Stachowski, to dwóch kompozytorów których wiele łączy. Obaj zaczęli dość późno uczyć się muzyki, przez co byli na studiach starsi niż ich koledzy z roku, bardziej dojrzali, świadomi. Obaj prowadzili później klasę kompozycji w wyższych szkołach muzycznych, obaj byli osobowościami i obaj zostali profesorami i rektorami swoich uczelni. Marek Stachowski w Krakowie, Henryk Mikołaj Górecki w Katowicach.
Lecz na tym podobieństwa się kończą. Górecki był nerwowy, impulsywny, często skłócony ze środowiskiem. Marek Stachowski natomiast był niezwykłym dyplomatą, potrafił pogodzić wodę z ogniem, stając się wieloletnim, fantastycznym rektorem. Zresztą kierowania uczelnią uczył się za czasów rektora Krzysztofa Pendereckiego, swojego wcześniejszego profesora kompozycji a później przyjaciela. Przez wiele lat sprawując funkcję prorektora, pod nieobecność Pendereckiego de facto kierował uczelnią. Później sam objął stery Akademii Muzycznej.
Bardzo ciepło wspominam Marka Stachowskiego i żałuję, że tak rzadko się wykonuje jego muzykę. Był niezwykłym człowiekiem, kompozytorem, wspaniałym nauczycielem akademickim, erudytą o szerokich horyzontach intelektualnych, niezrównanym znawcą muzyki, wszechstronnym humanistą, i autorytetem dla wielu pokoleń muzyków. Otaczał wszystkich serdecznością; miał rzadką umiejętność rozwiązywania spraw trudnych, wręcz beznadziejnych. Bezpośredni, miły, zawsze skromny, sprawiedliwy miał czas dla innych. Był pobłażliwy dla ludzkiej słabości, wyrozumiały i łagodny, choć dla siebie i swojej twórczości zawsze niezwykle surowy.
Nie zrobił – w znaczeniu światowym – takiej kariery jak Górecki. Niemniej jego utwory były wykonywane na całym świecie. Ostatni koncert monograficzny za życia twórcy odbył się w październiku 2004 roku w Pradze, na półtora miesiąca przed jego śmiercią. Kompozytor walczący z chorobą był już wówczas zbyt słaby, aby wziąć w nim udział. Do Pragi pojechały jego córki, które po koncercie, telefoniczne zdawały ojcu relacje. Byłam wtedy na tym koncercie i wiem, jak bardzo się cieszył, że jego muzyka została tam tak dobrze przyjęta, że wzbudziła zainteresowanie.
Warto pamiętać, że Marek Stachowski jest autorem około setki utworów: symfonicznych, kameralnych i solowych. W komponowaniu nie był systematyczny; pracował zrywami. Jego proces komponowania był długi, bo jak mawiał „muzyka nie lubi pośpiechu; trzeba oddać utworowi dziesiątki, setki a nawet tysiące godzin”. Napisanie dużej kompozycji symfonicznej trwało czasem kilkanaście miesięcy. Podkreślał, że „komponowanie to benedyktyńska praca”.
Na płycie „Stachowski Górecki. Tria” znalazło się ok. 25 minut muzyki Stachowskiego i ponad 40 minut Góreckiego. Wiele te utwory dzieli, nie tylko styl i technika, ale także choćby nastrój: u Góreckiego posępny, zdradzający jego stan ducha w jakim się wówczas znajdował: milczący od kilku lat jako twórca, załamany kłopotami zdrowotnymi i sytuacją polityczną; w muzyce Stachowskiego panuje natomiast w większości nastrój jasny, świetlisty; być może dlatego, że był to czas, kiedy miał przerwę w kierowaniu uczelnią i mógł w pełni oddać się komponowaniu, a to było dla niego najważniejsze. Choć zakończenie tego utworu… ale nie, nie zdradzę. Trzeba posłuchać!
Piękna płyta. Warto!