Reż. Laurent Cantet
Prod. Francja 2015
Oto po latach spotykają się niegdysiejsi przyjaciele, by rozliczyć się z upływającym czasem. Pośród wspomnień dawnych dobrych czasów, a pamięta się głównie te dobre chwile, przypominania niegdysiejszych przebojów, wśród papierosowego dymu i alkoholowych oparów ci ludzie, którzy nie widzieli się tak długo, znów stają się sobie bliscy. Choć już nie „piękni dwudziestoletni”, a „szpetni sześćdziesięcioletni”. Dawne ideały, radość, energia gdzieś uleciały, pozostało zgorzknienie, smutek, zmęczenie…
Amadeo zapowiadał się na świetnego pisarza, ale przed szesnastu laty opuścił ojczyznę, odtąd nic nie napisał, teraz wraca. Eddy też uwielbiał literaturę, ale zdradził ją dla wygodnego życia, „mieć” zamieniając na „być”. Podobnie Raf, kiedyś wzięty malarz, teraz wzięty chałturnik, dbający tylko o to, by zaspokoić swe egzystencjalne – głównie alkoholowe – potrzeby. Czarnoskóry inżynier Aldo, starający się chyba najbardziej pozostać wierny swym dawnym ideałom, zajmuje się reperowaniem starych akumulatorów. Klepie biedę, mieszkając ze starą matką, żona odeszła z mężczyzną, który był w stanie jej zapewnić „godną” przyszłość, syn chodzi swoimi drogami, marząc wyłącznie o jak najszybszym wyjechaniu za granicę. Tam już od wielu lat przebywają dzieci Tani, okulistki, kiedyś niezwykle atrakcyjnej dziewczyny, dziś zmęczonej życiem samotnej kobiety…
Snując nieśpiesznie swą opowieść, Cantet zachowuje trzy klasyczne jedności: miejsca, czasu i akcji, jak w greckiej tragedii. Bo jego opowieść tragedią jest, choć opowiedziana przyciszonym głosem. A wszystko zaczyna się niewinnie, od śmiechów, żartów, dykteryjek, wspominania niegdysiejszych „jaj”, jakie to wyprawialiśmy, gdy byliśmy młodzi. Z biegiem czasu tonacja rozmów staję się jednak coraz bardziej minorowa…
Wiele było w kinie opowieści tego typu. Wystarczy wspomnieć choćby „Saunę” Filipa Bajona czy „Ręce do góry” Jerzego Skolimowskiego, będące chyba najbardziej zasłużonym „półkownikiem” w dziejach polskiej kinematografii. W wypadku filmu Canteta szczególnej dramaturgii dodaje umiejscowienie akcji jego filmu. Tytułową Itaką, ojczyzną Odyseusza, jest tutaj Hawana, stolica komunistycznej Kuby. „Co się stało z naszą klasą? Pyta Adam w Tel Awiwie / Ciężko sprostać takim czasom, ciężko w ogóle żyć uczciwie…” – śpiewał Jacek Kaczmarski.
Jerzy Armata