Orkiestrę Filharmonii Krakowskiej poprowadził Michał Klauza, dyrektor artystyczny tego zespołu. Usłyszeliśmy osiem pieśni w tym m.in. takie jak: „Król Olch”, „Małgorzata przy kołowrotku” , „Noc i sny” , „Do księżyca” czy „Prometeusz”. Patrick Kabongo interpretował te utwory z wielką wrażliwością, śpiewając je – tak jak jest to w zwyczaju – w oryginalnej wersji językowej, czyli po niemiecku. Świetny pomysł, że w trakcie śpiewu wyświetlane było tłumaczenie tekstu, można więc było śledzić opowieść zawartą w słowach na bieżąco.
Gdy tak słuchałam tego śpiewaka, zastanawiałam się nad jego drogą do muzyki, która wiodła przez studia inżynierskie, gdzie związał się z chórem. Po wykonaniu z wielkim sukcesem Requiem Mozarta w Kinszasie – siedemnastomilionowej stolicy Konga – otrzymał stypendium na studia wokalne w Królewskim Konserwatorium w Brukseli. I tak to się zaczęło, padały kolejne propozycje koncertów i kolejne występy, w różnych repertuarach, głównie w operach Rossiniego i Donizettiego.
Ciekawy był program tego koncertu w Filharmonii Krakowskiej. Bo choć głównym punktem był występ Patricka Kabongo, to wieczór otworzyło wykonanie Symfonii G-dur Jana Engela kompozytora XVIII wieku, który był także drukarzem i wydawcą muzycznym oraz kapelmistrzem w kolegiacie świętego Jana w Warszawie. Niewiele wiemy o tym twórcy, nawet nie znamy daty jego urodzin. Wiemy natomiast, że w 1772 roku wydrukował w swojej drukarni sześć swoich symfonii, z czego do dziś zachowały się – w archiwum Paulinów na Jasnej Górze – trzy pierwsze. Reszta utworów znana jest z katalogów, opisów, bądź wzmianek prasowych. Słuchając na koncercie Symfonii G-dur, można było zauważyć, że ten twórca używa jeszcze trzyczęściowej formy symfonii, a praca motywiczna nawiązuje do wczesnych utworów Josepha Haydna. Usłyszeć muzykę tego kompozytora, było to ciekawe doświadczenie.
Finał koncertu był dla mnie fascynujący. Bo powiem szczerze, że trochę brakuje mi w Krakowie muzyki z kręgu francuskiego. Oczywiście pojawiają się utwory: Faurego, Gounoda, Debussy’ego, Ravela i Poulencka, ale mnie jest ciągle mało i mało. Tymczasem na finał tego wieczoru zabrzmiała Sinfonietta Francisa Poulenca z 1947 roku, kompozytora żartownisia i eksperymentatora. Buntownika, a jednocześnie człowieka nawróconego na wiarę katolicką, gdzie granicą między tymi dwoma postawami jest rok 1936.
W 1950 roku krytyk Claude Rostand powiedział, że Poulenc to: „Pół mnich, pół łobuz”. I miał rację. Bo Francis Poulenc był postacią nietuzinkową. Był wielkim entuzjastą mostów i miłośnikiem psów. Bardziej niż wieś kochał miasto, jedyne i najważniejsze – czyli Paryż. Ale mimo to wiele czasu spędził na wsi. Był hipochondrykiem i przez lata pozostawał uzależniony od środków nasennych. Fantastycznie grał na fortepianie. Jego kompozycje są pełne piękna muzyki XX wieku i znaleźć w nich można całą paletę barw: od lekkości i radość aż po liryzm. Napisał sonaty, cykle pieśni, kantaty, koncerty, opery, balety, a także muzykę do filmów. Był jednym z słynnej Grupy Sześciu obok takich twórców jak m.in.: Erik Satie, Arthur Honegger i Darius Milhaud.
Gdy orkiestra Filharmonii Krakowskiej pod batutą Michała Klauzy zaczęła grać Sinfoniettę Francisa Poulenca, od razu znalazłam się w innym świecie. Ten lekki utwór, pełen tanecznych rytmów powstał na zamówienie BBC z okazji pierwszej rocznicy Trzeciego Programu Radiowego BBC. Aż się uśmiechałam, wychwytując smaczki instrumentalne tego kompozytora. Ta harfa w orkiestrze, ta lekkość traktowania materiału muzycznego. Ta finezja i zabawa muzyką. Niebo w uszach!
Był to piękny wieczór i takich wieczorów Państwu życzę!