Do sytuacji doszło, kiedy pan Wacław poszedł do jednego z osiedlowych sklepów, żeby zrobić zakupy dla sąsiada. Sam jest chory na nowotwór krtani. Lekarze wprowadzili mu do tchawicy rurkę, która ma ułatwić oddychanie. Mówienie sprawia mu jednak spore problemy. Jak mówi, to właśnie przez rurkę został wyproszony.
Pan Wacław relacjonuje, że ekspedientka miała go wyprosić i zakazać ponownego wstępu tłumacząc, że z rurki kapie wydzielina, która zanieczyszcza produkty w jej sklepie. Nowohucianin twierdzi, że do niczego takiego nie doszło. Właścicielka sklepu twierdzi z kolei, że nie wyrzuciła klienta, ale jedynie zwróciła mu uwagę, że z rurki coś kapie, dlatego prosiła, aby pan Wacław przysłonił ją chusteczką. "Zwróciłam mu tylko uwagę, żeby sobie to troszkę zatykał, jak przychodzi, ale nie został wyproszony. Klient zwrócił nam uwagę, żeby powiedzieć panu, że tu są drożdżówki, które kupują dzieci" - mówi ekspedientka.
- Jeśli mężczyzna faktycznie został wyproszony, to w tej sytuacji zabrakło po prostu empatii. Zakazywanie tej osobie wstępu do sklepu w przyszłości może budzić wątpliwości. Można było podjąć inne działania, które doprowadziłyby do tego, że ta osoba zrobiłaby spokojnie zakupy i pozostałe produkty w sklepie byłyby bezpieczne - mówi Jarosław Jagura z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Sprawą zainteresował się również Bogdan Dąsal, pełnomocnik prezydenta do spraw osób niepełnosprawnych. Jak mówi, niepełnosprawność wiąże się z defektami, z powodu których nie możemy dyskryminować tych osób. "Jest norma poprawności wiążąca się z kulturą, która powinna być stosowana. Powinniśmy używać odpowiednich słów, zachowywać się w sposób kulturalny i pełen empatii. W takich konkretnych sytuacjach powinniśmy dawać ponieść się emocjom" - mówi.
Dąsal dodaje jednocześnie, że jeśli wydzielina z rurki faktycznie zanieczyszczała produkty, to niepełnosprawność nie może być wymówką dla zachowań niekaceptowanych społecznie.
(Joanna Orszulak/Dominika Kossakowska/ko)