Jerzy Maksymiuk osiągnął w zawodzie dyrygenta niemal wszystko. Ma w swoim dorobku nagrania ponad kilkudziesięciu płyt, dla wielu wytwórni. Koncertował z m.in.: London Symphony Orchestra, London Philharmonic Orchestra, Orchestre National de France, Tokyo Metropolitan Symphony, Rotterdam Philharmonic czy Royal Liverpool Philharmonic. Przez 10 lat był także dyrygentem BBC Scottish Symphony Orchestra.
Wszystko zaczęło się od fenomenu, którym okazało się założenie przez niego w latach 70. Polskiej Orkiestry Kameralnej, składającej się z 24 muzyków pracujących bez wytchnienia pod wodzą kaprala – bo tak wówczas nazywano dyrygenta. Czegoś takiego jeszcze nie słyszano. Była to nowa jakość stylistyczna i brzmieniowa. Jerzy Maksymiuk uwagę zwrócił na artykulację, przez co odświeżył brzmienie orkiestry, nadał mu nadzwyczajną ruchliwość, przejrzystość i plastyczność. Zerwał z tradycyjnym frazowaniem wykształconym w epoce romantyzmu, zrewolucjonizował dynamikę, zaszokował szybkimi tempami. Udowodnił, że polski zespół może wejść na szczyt, stać się najlepszą orkiestrą świata. To właśnie ta doskonała orkiestra przekształciła się w znaną nam dziś dobrze Sinfonię Varsovię.
Jerzy Maksymiuk obdarzony muzykalnością, wrażliwością, ekspresją i wizjonerstwem tak naprawdę ma trzy twarze. Pierwsza, od której zaczynał karierę, to twarz pianisty. Ale warunki fizyczne, czyli zbyt mała dłoń spowodowały, że zrezygnował z tego zawodu, mimo że w 1961 roku został zwycięzcą w pierwszej edycji Ogólnopolskiego Konkursu Pianistycznego im. Ignacego Jana Paderewskiego w Bydgoszczy. Do dziś chętnie gra na fortepianie publicznie i prywatnie. Druga twarz to ta najbardziej znana, która przyniosła mu światową karierę i olbrzymią rozpoznawalność w Polsce i na świecie czyli twarz dyrygenta. Trzecia zaś – to kompozytora.
Warto pamiętać, że Jerzy Maksymiuk napisał muzykę do około 200 filmów dokumentalnych i fabularnych, w tym m.in. do "Sanatorium pod klepsydrą" w reżyserii Wojciecha Hasa. Stworzył też ścieżkę dźwiękową do niemego filmu "Mania" z udziałem Poli Negri, co zresztą było wykonywane wraz z filmem w wielu miastach Europy. Ale przede wszystkim komponuje tzw. muzykę autonomiczną, przeznaczoną dla sal koncertowych. To m.in. „Liście gdzieniegdzie spadające” (2011) – utwór na orkiestrę kameralną;”Vers” na orkiestrę smyczkową (2014), „Arbor vitae II” na orkiestrę, akordeony i sopran (2018); „Gdy marzenia płoną” na trzy akordeony – utwór dedykowany zespołowi Motion Trio (2021).
Znam mistrza ponad 30 lat i przeprowadziłam z nim wiele wywiadów. W jednym z nich mówił mi:
„Jestem skoncentrowany na muzyce. Niedobrze, bo innych form życia nie ogarnąłem i nie ogarniam, a w codzienności pomaga mi Ewa, moja żona. Staram się rozumieć świat, nawet bezdomnych, którzy żyją na skwerze obok mnie. Rozmawiam z nimi, a jak rozmowa się nie klei, to daję im piątkę na piwo. Rozmawiam o życiu, ale i o muzyce. Czasami im puszczę fragmenty utworów. Jeden z nich wysłuchał IV Symfonii Beethovena i powiedział, że mu to nawet nie przeszkadza. Nie przeszkadza! Byłem szczęśliwy”.
Kiedyś kapral, dziś jest bardziej łagodny dla muzyków, może bardziej wyrozumiały. Ale natury nie da się poskromić, bo jak mawia: „orzeł bez piór z jednym skrzydłem, to nadal jest orzeł. A wróbel choćby z czterema skrzydłami zawsze będzie wróblem”.
O Jerzym Maksymiuku można pisać i mówić bez końca ale przede wszystkim można go słuchać bez końca. Artysta stara się uzyskać dobre proporcje nie tylko w muzyce, ale też w życiu. W muzyce wychodzi to świetnie, a z tym życiem to różnie bywa, no ale trudno, bo jak mawia - „za dużo szczęścia to też przesada”.
Maestro, wiele szczęścia! W życiu i w muzyce!