Z materiałów postępowania wynika, że Józef G. przyszedł we wtorek do jednej z krakowskich kancelarii komorniczych z żądaniem podjęcia działań mających na celu odblokowanie posiadanego przez siebie rachunku bankowego. Rachunek został zablokowany w związku z prowadzeniem przeciwko niemu egzekucji komorniczej.
Ponieważ pracownicy kancelarii nie spełnili jego żądań, mężczyzna wyszedł z kancelarii. Po około 15 minutach wrócił. W rękach miał kanister z łatwopalnym płynem i zapałki. Rozlał płyn na korytarzu kancelarii, ale został siłą powstrzymany przez obecne tam osoby.
Prokurator przedstawił Józefowi G. dwa zarzuty. Pierwszy, że stosując groźbę podpalenia i wysadzenia budynku, gdzie mieści się biuro kancelarii komornika, zmuszał asesora komorniczego do zwolnienia z egzekucji komorniczej posiadanego przez niego rachunku bankowego.
Drugi zarzut dotyczy usiłowania sprowadzenia zdarzenia zagrażającego życiu i zdrowiu wielu osób, i mieniu w wielkich rozmiarach, mającego postać pożaru. Miał tego dokonać poprzez oblanie korytarza pomieszczenia biurowego kancelarii komornika benzyną i zamiar jej podpalenia zapałkami, lecz zamierzonego celu nie osiągnął z uwagi na postawę osób znajdujących się w pobliżu, które odebrały mu kanister oraz zapałki.
Jak twierdzi żona podejrzanego - mąż nie chciał nikomu zrobić krzywdy. Józef G. od lat walczy z długami. W tym momencie jest zadłużony na ok. czterysta tysięcy złotych. Wraz z żoną zarabiają około 3 tys. złotych miesięcznie. Większość już i tak zabierają windykatorzy. Na życie zostaje im 600 złotych. W dzień kiedy zablokowano rachunek bankowy, mężczyzna chciał zabrać żonę na wycieczkę po Krakowie z okazji drugiej rocznicy ślubu. Jak mówiła reporterowi Radia Kraków jego żona, pani Paulina, po tym, jak dowiedział się o blokadzie rachunku, stracił kontrolę nad sobą. "Później mąż się uspokoił, chciał poczekać na panią komornik. Miał myśli samobójcze" - przyznała żona Józefa G.
Józef G. nie przyznał się do pierwszego zarzutu. Do drugiego przyznał się częściowo, oświadczając, że nie zamierzał nikomu zrobić krzywdy. Grozi mu do 10 lat więzienia. Na wniosek prokuratury sąd aresztował podejrzanego na dwa miesiące.
(Tomasz Bździkot, PAP/ko)