Kicz świąteczny jest od połowy listopada wokół nas. Atakuje ze sklepowych wystaw i ulicznych straganów. Migają światełka na sztucznych choinkach, pędzą renifery z czerwonym nosem, kiwają się mikołaje, które już dawno przestały być św. Mikołajem, szczodrym biskupem Miry. Zastąpił go przerośnięty krasnal z dzwonkiem, wołający ho ho ho!
Świąteczna oprawa zawsze była kiczowata, wystarczy obejrzeć międzywojenne kartki z przesłodzonymi aniołkami, domkami otulonymi śniegiem, kolorowymi choinkami, czy wesoło trzaskającym ogniem w kominku.
Za PRLu przedświąteczne przygotowania były koszmarem. Od początku grudnia dziennik telewizyjny informował o statku płynącym do kraju, wypełnionym cytrusami - co już samo w sobie było kompletnym absurdem. Później ulice poprzecinane były kolejkami po karpia, czy biedne, łyse drzewka, zwane dumnie choinkami.
Komuna padła a polskie przedświąteczne ulice z roku na rok nabierały kolorów i zapachów. Dlatego nie narzekam na świąteczny kicz - wolę go od tamtej smutnej szarości. Nie narzekam też na świąteczne piosenki, choć trochę żal, że wypierają polskie kolędy. Szczególnie lubię te stare np. ze " Świątecznej gospody" - filmu z Bingiem Crosbym i Fredem Astaire'm z muzyką Irvinga Berlina.
A strasznie kiczowate " Last Christmas?" Kiedyś było jej pełno we wszystkich radiowych stacjach, dziś niektóre mają na nią zapis. A ja ją lubię - nie ze względu na głupawy tekst, ale ze względu na teledysk, który w niezwykły sposób przypomina mi moje wypady z przyjaciółmi na narty.
Wynajęty w górach dom,kolacje przy świecach i kolorowej choince, wesołe rozmowy i bitwa na śnieżki.
Dlatego zawsze słysząc tę piosenkę uśmiecham się, tak jak uśmiecham się patrząc znów na kiczowate mikołaje, złote łańcuchy, obsypane brokatem bańki. Kojarzą mi się z najmilszymi chwilami w życiu.