Chodzi oczywiście o pomysł Rosyjskiego Towarzystwa Wojskowo-Historycznego, by na Cmentarzu Rakowickim stanął pomnik " zamęczonych w polskich obozach śmierci".
Historia nieszczęsnych bolszewickich jeńców z 1920 roku wraca w każdą rocznicę zbrodni katyńskiej i przy okazji każdego kryzysu w polsko-rosyjskich stosunkach. Słuchając komentarzy widzę, że stało się dokładnie to, o co chodziło - daliśmy się sprowokować a emocje wzięły górę.
Kłamstwo, fałszywki, prowokacja to była tajna broń carskiej ochrany, ochoczo przejęta przez bolszewików. Jak widać przyzwyczajenie stało się drugą naturą.
Tymczasem historia jeńców z 1920 r. to nie wiedza tajemna - dostępne są dokumenty, opracowania historyków. Bez trudu można znaleźć informacje o tym ilu sowieckich żołnierzy umarło w polskich obozach jenieckich. Nie zabito ich strzałem w tył głowy, jak polskich oficerów w Katyniu, nie umierali z głodu , jak polska inteligencja wywożona na stepy Kazachstanu. Umierali na panujące w przepełnionych obozach czerwonkę, tyfus, grypę. Już do obozów trafiali często skrajnie wycieńczeni. Mój dziadek opowiadał, że sowieccy żołnierze, których w 20-tym roku brał do niewoli, byli potwornie wygłodzeni, brudni, zawszeni - nic dziwnego, że wybuchały epidemie. Dziwne jest to, że nie przeżyło jedynie ok. 20% jeńców - w tym samym czasie w sowieckich obozach zmarło 50% polskich jeńców.
Odrodzona Polska dopiero walczyła o swoje granice, nie tylko z bronią w ręku, ale i na dyplomatycznych salonach. Brakowało pieniędzy na wszystko, także na polskich weteranów i rannych. Trudno było wysyłać najeźdźców do szwajcarskich sanatoriów...
Kiedy po podpisaniu traktatu ryskiego zaczęła się wymiana jeńców między Polską a bolszewicką Rosją, okazało się, że wielu opuszczających " polskie obozy śmierci" nie miało najmniejszej ochoty na powrót do ojczyzny i zostało w Polsce, znaczna część zasiliła oddziały rosyjskich białogwardzistów, czy armię atamana Petlury. Ci, którzy do Rosji wrócili, zostali w latach 30-tych wymordowani w ramach stalinowskich czystek.
Nie chodzi o rachunki krzywd, ale przytoczę kilka faktów z historii mojej rodziny, urywek zaledwie.
Za udział w Powstaniu Styczniowym skonfiskowano majątek pradziadków mojej mamy, kilkadziesiąt lat później jej ojciec, kilkunastoletni wówczas chłopak, dołączył do Legionów Polskich, w legionach walczyli też wszyscy wujowie mojego taty. Jeden - młody, obiecujący malarz zginął, inny został zawodowym wojskowym. Był szefem sztabu we Lwowie, zamordowano go w Katyniu.
W 1920 roku mój dziadek, wcześniej ów młodziutki legionista, wchodził z Piłsudskim do Kijowa. Mam jego oficerską nominację, podpisaną osobiście przez Marszałka. Zdjęcie dziadka z wczesnych lat dwudziestych w mundurze porucznika 12 Pułku Piechoty wisi u mnie obok portretu Dziadka - Józefa Piłsudskiego.
Jest wrzesień 1939 roku, wuj mojej mamy, właściciel majątku pod Łomżą, były legionista, były uczestnik wojny polski - bolszewickiej, oficer rezerwy, zgłasza się by bronić Ojczyzny. Dostaje się do sowieckiej niewoli, ranny nie nadąża za kolumną jeńców. Sowiecki żołnierz strzela mu w tył głowy i ciało wkopuje do rowu. Rodzina szuka go przez kilkadziesiąt lat - nie ma go na liście katyńskiej. Kuzynka mojej mamy publikuje wspomnienie o swoim ojcu - znajduje się naoczny świadek tamtego wydarzenia. Absolutnym cudem, przez przypadek. Gdyby wówczas nie został w tym rowie, zginąłby kilka miesięcy później w katyńskim lesie, razem z wujem mojego taty.
Należy wybaczać, ale nie wolno zapominać. Nigdy.
I trzeba uczyć się historii, bo w niej można znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania. Nie tylko o przeszłość, ale także o przyszłość.