Dawniej miesiącami i latami można było trafić w tym samym miejscu na te same piekarnie, cukiernie, sklepiki ze " wszystkim", zakłady usługowe. Później wszystko zaczęło się zmieniać jak w kalejdoskopie. Wystarczyło wyjechać na wakacje, by wrócić do innej rzeczywistości.
A ja lubię te małe sklepiki i gdy znika kolejny, brakuje mi rozmów z ich właścicielami. Tam nie jestem anonimowym klientem wielkiego sklepu. Nie muszę mówić co chcę kupić. Pani uśmiecha się do mnie i podaje chleb na zakwasie, albo malutkie grahamki. W innym sklepie, inna pani wie z której wytwórni lubię ser i kefir, a kefir musi być dobrze ścięty i najlepiej po dacie ważności. Pan z warzywniaka wie, że lubię tylko małe rzodkiewki i wie jakie jarzyny wybieram do jakiej zupy.
Pani w kiosku ma dla mnie odłożone gazety, choć odkładać ich przecież nie trzeba i wie dobrze, ze czytam historyczne miesięczniki Newsweeka i Dziennika Polskiego
- Jeszcze nie przyszły, ale dzwoniłam do dystrybutora, będą jutro - woła, gdy tylko mnie zobaczy.
Podobnie sympatyczne relacje pamiętam z moich wielu wakacji we Włoszech. Już nastepnego dnia po przyjeździe, po pierwszych zakupach, miejscowy sklepikarz wiedział co wybrałam, zachwalał lokalne produkty i każdego dnia witał mnie jak dawną, dobrą znajomą.
A wracając do mojego poprzedniego wpisu o sklepie mięsnym - szkoda, że niektórzy komentujący nie rozumieją znaczenia słowa ironia. Wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka. Nie interesuje mnie, czy ktoś wierzy w mity greckie, Mitrę, czy cokolwiek innego. Symbole religijne w przestrzeni publicznej irytują mnie. Sklep jest miejscem do prezentowania towaru, a nie aktów wiary.