|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33 (antena)
12 630 60 00 (recepcja)
12 630 62 06 (reklama)
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
reklama@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Wojciech Bychawski: Runda zasadnicza była wstępem, a teraz jest już tylko historią

- Powiedziałem moim zawodnikom przed meczem z Dąbrową Górniczą, że to wszystko co się wydarzyło to już historia. Można to sobie oczywiście zapisać i gdzieś tam powiesić, ale to nie ma już żadnego znaczenia, bo za komplet zwycięstw w rundzie zasadniczej nie mamy kompletnie nic. Nie mamy awansu, nie mamy żadnego splendoru – zaznacza trener koszykarzy AZS AGH Kraków Wojciech Bychawski. Krakowianie rozpoczęli rywalizację w play offach 2. ligi od wyjazdowego zwycięstwa nad Dąbrową Górniczą 109:69. Szkoleniowiec zaznacza jednak, że tym bardziej potrzebny jest teraz spokój. Wskazuje w czym może leżeć problem AGH po tak zdecydowanej dominacji w dotychczasowych meczach oraz komentuje oceny w plebiscycie trenerów po rundzie zasadniczej 2. ligi.

Wojciech Bychawski: Runda zasadnicza była wstępem, a teraz jest już tylko historią

fot. KSAF AGH

PĆ: Panie Trenerze runda zasadnicza zakończona z kompletem zwycięstw, więc pewny triumf nad Dąbrową Górniczą w pierwszym meczu 1. rundy play offów był formalnością?

WB: Każdy kto choć odrobinę mnie zna albo miał ze mną do czynienia wie, że koszykówka jest moją wielką pasją, całym moim zawodowym i hobbystycznym życiem. To też dziedzina życia, która nauczyła mnie najwięcej pokory oraz szacunku do wszystkiego co dzieje się wokół. Myślę, że nigdy nikt nie usłyszy ode mnie, że coś było formalnością. Koszykówka rządzi się swoimi prawami. Sport tak samo. Zawsze śmieję się z tego, że ktoś nazywany jest faworytem, bo historia pokazuje jak często to właśnie faworyt przegrywa w najważniejszych momentach.
System gry w koszykówkę większości europejskich lig jest tak skonstruowany, że jest runda zasadnicza i play off. Runda zasadnicza jest w zasadzie wstępem do tego co się dzieje. W naszym przypadku jest podobnie: zakończyliśmy te rozgrywki z kompletem zwycięstw, ale powiedziałem moim zawodnikom przed meczem z Dąbrową Górniczą, że to wszystko co się wydarzyło to już historia. Można to sobie oczywiście zapisać i gdzieś tam powiesić, ale to nie ma już żadnego znaczenia, bo za komplet zwycięstw w rundzie zasadniczej nie mamy kompletnie nic. Nie mamy awansu, nie mamy żadnego splendoru – poza tym, że ktoś o tym mówi i pisze. Oczywiście mam wielki szacunek dla zawodników i trenerów za pracę i za to co udało się osiągnąć. Mamy dzięki temu [1. miejscu w grupie po rundzie zasadniczej – przyp. PĆ] teraz handicap w postaci rozstawień we wszystkich rundach play off, w których będziemy grać, ale niezależnie od tego nie ma czegoś w rodzaju formalności. Podchodzimy do środowego meczu skoncentrowani. Nie ukrywam, że w pierwszym spotkaniu chcieliśmy też zrobić jak największą przewagę punktową, żeby przed rewanżem móc być spokojniejszym. Mamy święta wielkanocne i przymusowe przerwy, a musimy też skoncentrować się na pracy nad kolejnym przeciwnikiem - tu nie ma co kokietować w sytuacji, gdy wygrywamy różnicą 40 punktów jeśli solidnie skoncentrowani podejdziemy do drugiego meczu to powinniśmy spokojnie poradzić sobie z awansem. Tak na to trzeba spojrzeć. Oczywiście zakładając, że będziemy zdrowi i będziemy mogli normalnie pracować oraz trenować. Trzeba przyznać, że drużyna z Dąbrowy to młody zespół. Oparty w dużej mierze na juniorach, prowadzony przez bardzo dobrego trenera Wojciecha Wieczorka, zespół, który pokazał już pazur, jednak nie ma co ukrywać, że przewaga w pierwszym spotkaniu była po naszej stronie. Także nie była to w żadnej mierze formalność.

PĆ: Wiedziałem, że tym pytaniem trochę ryzykuję, ale zastanawiam się, czy ta pewność, którą na pewno zyskaliście dzięki tak udanej rundzie zasadniczej w połączeniu z chłodną głową i koncentracją, o którą Pan dba, nie sprawiały, że ten mecz oraz jak można się domyślać kolejne będą toczyły się w tę stronę, że to AGH będzie faworytem? To na Was będzie ciążyła presja faworyta?

WB: Wie Pan, myślę, że tak nie będzie, ponieważ nie odbieramy tego w ten sposób. Bardziej to jest kwestia tego, że w kolejnych rundach – o ile w nich zagramy, bo tak jak powtarzam: tej jeszcze nie zakończyliśmy, więc zakładając, że przejdziemy do następnej – musimy patrzeć w ten sposób, że są tam o wiele mocniejsze zespoły i dodatkowo zespoły z innych rejonów Polski. To jest inna kultura gry, inne rodzaje zachowań boiskowych, inne hale, na których nie graliśmy, inna obsada sędziowska... To wszystko ma duże znaczenie. Sędziowie przygotowują się do meczów, „skautują” drużyny i trochę inaczej prowadzą zawody w stosunku do zespołów, które znają. Wystarczy trafić na kogoś – jak my to mówimy w sporcie „z krótkim lontem” – i może być problem przy przeróżnych emocjonalnych zachowaniach. A gdy gramy już w rundzie eliminacyjnej to pojawiają się i nerwy. Z tego powodu większym problemem dla mnie niż łatka faworyta, którą ktoś przypina jest to, że przy takim poziomie przygotowania oraz pracy, którą w to wkładamy, nasza ligowa grupa jest dla nas naprawdę słaba. To muszę uczciwie powiedzieć, to widać po wynikach. Niestety z tych 24 meczów, które wygraliśmy tak naprawdę musieliśmy się namęczyć w jednym, może dwóch... Pozostałe spotkania przychodziły nam dość łatwo. Nie mówię tego, żeby opowiadać historie o tym jacy jesteśmy wspaniali – chcę zaznaczyć, że to usypia. Człowiek jest taką instytucją, która bardzo łatwo przyjmuje to, że jest łatwo. Jest łatwo, fajnie. My się do tego przyzwyczajamy i jest super. Pytanie brzmi co się dzieje, kiedy trafiamy na pierwsze trudności, opór? Wytłumaczę to obrazowo: w czasie tych 24 meczów rundy zasadniczej jedynie dwa razy byłem zmuszony do tego, żeby wziąć „czas”. W pozostałych przypadkach nie miałem takiej potrzeby, bo drużyna radziła sobie bez tego. Inne „czasy”, które brałem były po to, żeby wprowadzić jakieś rozwiązania taktyczne. W meczach o stawkę tak już nie będzie. Wtedy trzeba bardzo często reagować. Zawodnicy, trener... Wszyscy. Nie ukrywam zatem, że praca w takiej lidze w rundzie zasadniczej nie rozwija mnie jako trenera i w tym dostrzegam problem. My w tym sezonie tak naprawdę nigdy nie przegrywaliśmy tak, żebyśmy musieli kogoś gonić i się stresować. W kolejnych rundach takie sytuacje mogą już mieć miejsce. Wtedy będą grały ze sobą bardziej wyrównane drużyny. To jest więc kwestia tego jak wtedy zachowają się zawodnicy, jak zachowam się ja jako trener. I w tym dostrzegam może nie zagrożenie, ale pewną trudność. Łatka czy rola faworyta to wie Pan... Ci ludzie są tak skoncentrowani, że wiemy co robimy i po co robimy, więc nam ani nie potrzeba schlebiać ani źle o nas mówić. Mamy to wszystko wkalkulowane i robimy co do nas należy. Moim zdaniem kluczem będzie po prostu koncentracja oraz umiejętność gry w trudnych sytuacjach. To jak do tych rozgrywek jesteśmy przygotowani fizycznie (dzięki pracy Piotrka Biela) i taktycznie (po mocnej pracy w skautingu Tomka Orlickiego, ale i Tomka Zycha, który teraz po kontuzji też w tym pomaga) sprawia, że naprawdę uważam, iż wszystko rozstrzygnie się w głowie. Jeśli ona „nas puści” i pozwoli zrealizować to co umiemy to jestem spokojny o naszą pracę. Tak jak zawsze zawodnikom powtarzam: „zróbmy to co potrafimy najlepiej. Jeżeli naprzeciwko nas stanie ktoś kto będzie od nas lepszy sportowo, powiem: <Szacunek>, uścisnę dłoń i stwierdzę: <Trudno. Był ktoś lepszy. Nie odrobiliśmy lekcji>. Gorzej jeśli to my sami z sobą przegramy”. Tego bym nie chciał. Jeszcze raz powtarzam: jeżeli „puści głowa” to o resztę jestem spokojny, będzie OK, uważam, że wtedy damy radę.

PĆ: Co w takim razie poprawić i nad czym pracować po tak udanej rundzie zasadniczej? Tak jak Pan mówił głównie nad głową, czy dodatkowo jakiś element koszykarski potrzebuje doszlifowania?

WB: Najcięższa praca jest nad tym co jest najważniejsze, więc recepty na pracę nad głową nie ma. To kwestia doświadczenia zawodników, ich obycia, zachowań boiskowych, stworzenia przestrzeni do gry w stresie. Najważniejsze rzeczy odbywają się w potrzebie największej koncentracji, więc my pracując teraz musimy stwarzać sobie warunki jak największego stresu meczowego, żebyśmy nie funkcjonowali w – jak to się teraz modnie mówi – strefie komfortu. Jeśli chodzi o sprawy sportowe to zawsze jest coś do poprawy. Obserwujemy mecze, które rozegraliśmy. Nadal uważam, że obrona może być lepsza, więc na tym też teraz się koncentrujemy, natomiast dużo będziemy też pracować nad rozwiązaniami taktycznymi pod kątem kolejnego przeciwnika. Przygotowujemy się skautingiem, pracujemy nad tym, żeby przeciwnik nie mógł nas zaskoczyć dużą ilością nowych rzeczy. Na pewno będziemy na to zwracać uwagę, bo to już jest taki czas, żeby puentować koszykówkę. Co mamy wybiegać to wybiegamy, co mamy rzucić to rzucimy, ale tak naprawdę musimy przygotować się pod przeciwnika.

PĆ: Po rewanżu z Dąbrową, przed dalszym etapem rozgrywek, planuje Pan jeszcze jakiś sparing? Mecz, który być może rzeczywiście będzie więcej wymagał od zawodników pańskiego składu?

WB: Nie ma takiej możliwości. Rewanż z Dąbrową Górniczą gramy w środę, więc biorąc pod uwagę, że mamy teraz święta, a zatem teoretycznie kilka luźniejszych dni – moi zawodnicy zapracowali na to, żeby dostać aż dwa dni wolnego: sobotę i niedzielę dostaną wolną, ale w poniedziałek widzimy się już na treningu – a system wygląda tak, że jeśli wszystko w rewanżu pójdzie dobrze to już po dwóch dniach, czyli w sobotę, gramy mecz u siebie w drugiej rundzie ze zwycięzcą pary Ogniwo Szczecin vs. Politechnika Gdańska. Tu nie ma więc z kim grać sparingów. Prawda jest taka, że to jest koniec sezonu pierwszoligowego. Te drużyny, które mają wszystko za sobą już się rozjechały, te, które grają w play offach nie myślą o sparowaniu. Dodatkowo mimo wszystko to niesie ze sobą ryzyko dodatkowych kontuzji. Teraz nie ma już na to czasu. To co mieliśmy zrobić musieliśmy zrobić do tego czasu. Musimy skoncentrować się na przygotowaniu taktycznym i na stwarzaniu sobie jak największego stanu meczowego. Nawet stresu w pracy. Musimy być po prostu skoncentrowani. To jest chyba szansa na to, żeby osiągnąć sukces i zrealizować te założenia, o których sobie powiedzieliśmy. Jak Pan pewnie zauważył mamy tak, że nie piszemy o planach na fejsbukach, nie chwalimy się... Rozmawiamy o tym wewnątrz. Mamy plany, marzenia i cele. Zawsze powtarzam, że człowiek planuje, a Pan Bóg tam się śmieje na górze. To dla Niego podobno najlepszy kabaret. Mamy marzenia i małe cele, które chcemy zrealizować. Czy to się uda? Zobaczymy. To jest sport i niestety jestem przygotowany na wszystko. Miałem sytuacje, w których z teoretycznie słabszymi zespołami udawało się osiągać sukcesy, a z teoretycznie mocniejszymi ponosiłem porażki. Tutaj z dużą pokorą trzeba pracować i robić swoje, a wtedy przynajmniej można być spokojnym, że zrobiło się wszystko co można było.

PĆ: W takim razie na koniec jeszcze jedno pytanie, które jak mi się wydaje nie spodoba się Panu. Bartosz Wróbel został MVP sezonu zasadniczego gr. C 2. ligi, Pan otrzymał miano najlepszego trenera tego etapu rozgrywek. Oprócz wspomnianego Wróbla w „piątce” znalazł się też Paweł Zmarlak. W takim razie apetyty na spełnianie tych małych celów i marzeń, o których Pan mówił, ale na pewno nie chce Pan ujawniać, są duże?

WB: Mam bardzo duży dystans do tego rodzaju plebiscytów. Zwłaszcza, że wielokrotnie zaskakiwały mnie takie wybory. To niby jest głosowanie trenerów, ale jak na to patrzę to nie do końca jestem przekonany, czy to wygląda tak jak powinno. Każdy ma w sobie pierwiastek próżności. Nie będę okłamywał, że gdzieś tam człowiek wykonujący swoją pracę nie chce być najlepszy. Chyba, że ktoś nie lubi swojej pracy i robi coś na siłę, ale zakładam, że rozmawiamy o ludziach, którzy realizują swoją pasję, więc każdy chce być najlepszy. I na pewno podświadomie taki wynik łechta próżność, ale wie Pan... Jeśli oglądał Pan jeden z moich ulubionych filmów „Adwokat diabła” to ostatnia scena mówi o tym, że próżność, pycha to ulubiony grzech diabła. W takim razie w jakimś tam sensie można się cieszyć z wyników tego plebiscytu, ale proszę mi uwierzyć ja mam z goła inne przemyślenia... Też nie wiem co to znaczy „najlepszy”? Ktoś powie: „Dobra. Zostałem wybrany najlepszym trenerem gr. C rundy zasadniczej, ale mam dobry skład, świetnych zawodników i to samo się przez się robi”. Ktoś ma prawo tak powiedzieć. A ciężko jest kogoś oceniać jeśli nie zna się czyjejś pracy. Oczywiście możemy powiedzieć, że oceniamy naszą pracę po efektach, ale jeśli miałoby tak być i jeśli można by było przyjrzeć się naszej pracy to uważam, że w najlepszej „piątce” powinno być pięciu moich zawodników. Tak uważam. Co do siebie to rzecz jasna nie będę się wypowiadał, bo to nie będzie eleganckie. Ja na pewno nie zakładałem sobie przed sezonem, że chcę zostać najlepszym trenerem gr. C rundy zasadniczej – bardziej by mnie cieszyło gdybym został najlepszym trenerem na zakończenie sezonu i osiągnął sukces z drużyną. Natomiast zawodnicy... Bartosz Wróbel jest młodym koszykarzem i ten tytuł może mieć dla niego jakieś znaczenie, bo jest ambitnym człowiekiem, ale Paweł Zmarlak to tak doświadczony sportowiec i tak stonowany, zrównoważony człowiek, robiący to co ma robić, że tak naprawdę nie ma to dla niego większego znaczenia. On zna swoją wartość i wie co robi. Sam – nie ujmując nic Bartkowi, z którym pracuję od lat, i który doskonale wie jaki mam do niego stosunek – pod względem doświadczenia, umiejętności oraz spuentowania słowa „najlepszy” postawiłbym na Pawła. Oczywiście Bartek gra znakomity sezon, należy też wymienić Mikołaja Smarzego robiącego znakomitą robotę, Patryka Wydrę, który przejął dużą odpowiedzialność po kontuzji Tomka Zycha i wielu innych, bo na to składa się dużo rzeczy... Tyle, że to nie jest konkurs piękności. Zdaję sobie sprawę, że wynik może nas do tego [zbierania głosów w plebiscycie – przyp. PĆ] nobilitować, tylko, że trzeba byłoby przyjść na trening, zobaczyć jaką pracę wykonują zawodnicy, jaką mają wiedzę o koszykówce i wtedy można byłoby oceniać kto jest najlepszy. Nie zmieniło to więc naszego podejścia – poza tym pierwiastkiem próżności, o którym mówiłem. Cel zespołu jest jeden. Założenia są takie jakie są. Mistrzostwo 2. ligi to jest nasze marzenie, ale powtarzam, że droga jest długa i kręta i trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że do happy endu jest bardzo daleko. Tak do tego podchodzę i staram się, żeby wszyscy mieli tego świadomość.
A skoro to ostatnie pytanie to naprawdę chciałbym też przy tym pytaniu powiedzieć, że na to, że ktoś może wybrać mnie najlepszym trenerem, dwóch zawodników najlepszymi graczami, kogoś MVP, pracuje cały zespół ludzi. Ludzi, którzy pracują w tym klubie, współpracują ze mną. Oni tworzą moją pracę i tworzą mnie jako trenera. To Piotrek Biel, Tomek Orlicki, Tomek Zych, który z nami współpracuje, Zosia Flasińska, która ogarnia to wszystko, prezesi... Bez nich mnie by nie było. Mam stworzone idealne warunki do pracy na tym poziomie, na którym jestem i dzięki temu mogę się rozwijać. Mogę realizować cele. Staram się robić to jak najlepiej, ale daję Panu słowo – tu nie ma ani grama fałszywej skromności – że sam to mógłbym sobie na pogrzeb pójść jak mówi staropolskie powiedzenie. To jest wielka, wielka praca ludzi, a na końcu gdzieś tam jakieś laury spływają na moją głowę, ale to z dużym dystansem. Jestem wdzięczny za każdy dzień pracy z ludźmi, którzy mnie otaczają. Bez nich bym sobie nie poradził i nie wstydzę się tego powiedzieć. Tu nie ma żadnego tajemnego planu, że urodziłem się z niewiadomo jakim talentem. Praca, praca, praca i to wszystko sprawia, że możemy próbować coś osiągać. A na końcu parkiet weryfikuje wszystko.

 

88%
12%