Próby wprowadzenia żeńskich końcówek do języka potocznego nieraz kończyły się fiaskiem. Teraz jest szansa, by na stałe zagościły one w języku. Niedawno został wydany pierwszy w dziejach polskiej leksykografii "Słownik nazw żeńskich polszczyzny". Czy to swoisty przełom? Jak kształtuje się język poprzez wychowanie i edukację? I skąd czerpiemy wzorce językowe? Odpowiedzi poznamy w programie "Przed hejnałem". W Dniu Kobiet porozmawiamy o kobietach w języku. 

Goście programu:

Sławomira Walczewska - doktora filozofii, autorka książki "Damy, rycerze i feministki. Kobiecy dyskurs emancypacyjny w Polsce”, 

dr Magdalena Stoch - kulturoznawczyni z Uniwersytetu Pedagogicznego, 

dr Artur Czesak - językoznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Goście programu

 

- Żeńskie formy doczekały się własnego słownika. Wrocławskie językoznawczynie opublikowały pierwszy w dziejach polskiej leksykografii "Słownik nazw żeńskich polszczyzny" pod redakcją dr Agnieszki Małochy-Krupy. Możemy traktować to jako przełom - znak, że "kobieta" pojawi się w języku? 

 

Dr Artur Czesak - Kobiety pojawiały się w języku od zarania dziejów. Konstruktywny dla naszej patriarchalnej kultury jest tekst w Księdze Rodzaju. Pokazuje on kobietę dość wcześnie, pojawia się tam także przykład żeńskiej formy i nazwy. Ksiądz Wujek wykreował nam obok męża - mężynę.

 

Dr Sławomira Walczewska - Problem pojawiał się już dawno. W powstaniu styczniowym brała udział pani Żubrowa w przebraniu męskim. Była bardzo dzielna, dlatego chciano jej dać za zasługi Order Virtuti Militari. Odmówiła przyjęcia go, bo to order dla walecznego męża, nie kobiety. Po jakimś czasie go przyjęła, ale ciekawe były jej wątpliwości językowe.

 

- Mamy jakiś opór przeciw brzmieniom - doktora, profesora. Czy słownik to początek zmian?

 

Dr Magdalena Stoch  - Słownik nie zmieni kultury, w której żyjemy. Jest wskazówką, że prace w obrębie świadomości społecznej odbywają się. Debata o żeńskich końcówkach jest wierzchołkiem góry lodowej. Trzeba sięgnąć głębiej - w reprezentacje kobiet w życiu publicznym, politycznym, instytucjonalnym. Kobiety emancypują się, zajmują kierownicze stanowiska w instytucjach i to zaczyna wpływać na język. Wrastamy w język, ale też mamy wpływ na język. Sam słownik na półce w bibliotece nie wystarczy. Kwestią kluczową jest to, jak zwracamy się do mam, babć, koleżanek z pracy.

 

- Niektórzy językoznawcy mówią, że te żeńskie końcówki to nowomowa.

 

Dr Artur Czesak  - Muszę zacząć od protestu wobec słowa końcówka. Mówimy raczej o przyrostkach słowotwórczych tworzących nazwy żeńskie. Końcówka jest fleksyjna. Ważne jest, co w tym słowniku się znalazło - czy to są formy już występujące w języku, czy jeszcze nie. Jeśli tak, to dowód na to, że te formy językowe nie są problemem, ale problem leży po stronie kultury. Nie jest to nowomowa, ponieważ spory w czasopismach językoznawczych toczą się od lat. W tych sprzed wojny pojawiają się tytuły doktor zamiast doktorka, później tendencja się odwróciła. Ciekawe jest to, że panie przestały pokazywać w swoich nazwiskach stan cywilny. 

 

Dr Magdalena Stoch  - Ponieważ tożsamość kobiet przestaje być definiowana tylko w relacji do swojego męża.

 

- Możemy wybrać ministrę lub ministerke - co brzmi lepiej?

 

Dr Sławomira Walczewska - Żeńskie końcówki, czy przyrostki to jest nie tyle sprawa języka, tylko sprawa użycia języka. Język przepuszcza różne formy, tylko jest kwestia tego, co brzmi ładniej, a co gorzej. Dla wielu z nas te formy żeńskie brzmią dobrze. Problemy zaczynają się wśród nazw osób pełniących funkcje publiczne. Kucharka czy przedszkolanka nie prowokują, gdy mówimy o ludziach na świeczniku, to okazuje się, że coś brzmi dziwnie. To przejaw tego, że kobiety powinny być przy dzieciach, a gdzie indziej już są nie na miejscu. 

 

- Same socjolożki uważają, że to kwestia dotarcia, by przyrostki żeńskie przyjęły się w języku potocznym.

 

Dr Magdalena Stoch  - Używanie języka wpływa na zmianę świadomości. Rozmawiamy na temat języka w dniu 8 marca. 8 marca jest dniem przeciw seksistowskiej mowie nienawiści, czyli przeciw odnoszeniu się do płci w sposób ubliżający, pogardliwy. Problem seksizmu w języku jest także tematem związanym z tym dniem. Idąc do urzędu jesteśmy nazywane paniami Madziami, rybeńkami, a nie panią doktor. Nie mamy wyboru w nazywaniu siebie jako kobiet.

 

- W nazwach pomieszczeń: salon, kuchnia, łazienka też widać język. To jest nadinterpretacja, czy język ten odzwierciedla męski świat? 

 

Dr Sławomira Walczewska - Mówienie o rodzaju męskim i żeńskim ma zupełnie inny wymiar, niż gdy mówimy o rzeczach rodzaju męskiego czy żeńskiego. Gdy mówimy o użyciu form żeńskich w odniesieniu do ludzi, to mówimy również o relacjach władzy, o seksizmie, o dyskryminacji ze względu na płeć. Ta dyskryminacja kobiet w języku, która ujawnia się poprzez trudności z użyciem słów określających prestiżowe role zajmowane przez kobiety, odbywa się kosztem języka. Seksistowska ingerencja w język wykrzywia sam język. Zamiast powiedzieć ministra, doktora, profesorka, tworzymy potworki językowe, np. dyrektor poszła, zrobiła. Włączmy sobie wrażliwość językową. 

 

- Jak przebiegała historia tworzenia się żeńskich końcówek?

 

Dr Artur Czesak - Dawniej, kiedy język był mniej dyskutowany, pewne formy tworzyły się i to nie był problem. Możemy mówić o badaniu frekwencji wyrazu w tekstach, o tym, jakich form ludzie używają do autoprezentacji. Myślę, że językoznawcy nie powinni ferować zbyt szybkich wyroków. W 1938 Obrębska napisała: "W przyszłości takich wyrażeń rozsądzać nie podobna. Nam przypada rola notowania zachodzących zjawisk". W ciągu XX wieku mieliśmy dwie fale, kiedy mówiono, że przejawem feminizmu jest odcinanie sufiksów żeńskich i dorównanie mężczyznom. Mówiono wówczas: pani redaktor. Teraz mamy tendencje do używania wyrazistych form żeńskich. Również pojawiają się głosy wśród kobiet, że nie chcą tego. Sprawa jest delikatna. Językoznawcy muszą czekać, a równości nie ma, bo nie ma męskiego odpowiednika szafiarki.

 

- Niedawno został opublikowany raport "Gender w podręcznikach". Celem tego projektu badawczego była rekonstrukcja i krytyczna analiza zawartości polskich podręczników. Jak wyglądają dane dotyczące dyskryminacji w polskich szkołach - jeśli chodzi o warstwę językową?

 

Dr Magdalena Stoch  - Raport z 2015 pokazuje, że problem dyskryminacji w szkołach istnieje. Ma ona podwójny charakter. W relacjach miedzy uczniami a uczennicami, a także w gronie nauczycielskim. Brakuje rozwiązań, które pomogłyby nauczycielom zrozumieć, jaka jest różnica miedzy stereotypem, uprzedzeniem, a dyskryminacją.  Na pierwszym miejscu dyskryminowane w szkołach są dzieci za ubóstwo, na drugim - za orientację seksualną. 

 

- Od kiedy należałoby wprowadzić edukację antydyskryminacją?

 

Dr Magdalena Stoch - Edukacja antydyskryminacyjna to wszelkie świadome działania, które mają przyczynić się do tego, by szkoła była przestrzenią wolną od uprzedzeń, stereotypów i dyskryminacji. Takie działania należy dostosować do wieku dzieci. Pojęcie równości, sprawiedliwości można wprowadzać już na najniższych etapach nauczania.