Zapis rozmowy Jacka Bańki z posłem PiS, Włodzimierzem Bernackim.
Elżbieta Witek w MSWiA, Bożena Borys-Szopa za minister Rafalską. Może pan potwierdzić zmiany w gabinecie premiera Morawieckiego?
- Nie chcę się na ten temat wypowiadać. Czekamy wszyscy na godzinę 10:30, żeby naocznie stwierdzić fakt powołania nowych ministrów.
Jeśli te nazwiska się potwierdzą – jest też Jacek Sasin jako wicepremier, Michał Woś za Beatę Kempę – jaka będzie zmiana resortach? Będzie zmiana pracy w resortach?
- Chciałbym powiedzieć, że słusznie używa się określenia rekonstrukcja, chociaż lepsze byłoby przegrupowanie sił. Zdobyliśmy nowe przyczółki w UE. Musimy przegrupować siły w kierunku Warszawy. W Warszawie musimy mieć ludzi, którzy zagwarantują sprawne działanie rządu. Takich ludzi Zjednoczona Prawica ma w swoim gronie. Możemy z optymizmem patrzeć w przyszłość.
Dobrze, że premier Morawiecki stawia na kobiety? Elżbieta Witek jako szefowa MSWiA, o ile to się potwierdzi.
- Jestem wyjątkowym przeciwnikiem kategoryzowania i podziału ministrów na kobiety i mężczyzn. Trzeba podejść do tego tak, jak mówi konstytucja i prawo. Nie dokonujmy modnych podziałów, jak w środowiskach lewackich. Mamy ludzi mądrych i tyle. Nie może nas zaskakiwać fakt, że propozycję objęcia resortu kojarzonego z siłą fizyczną obejmie silna kobieta. Siła kobiety i mężczyzny to dwa wymiary naszego funkcjonowania w przestrzeni politycznej. One słusznie się realizują w polityce.
Dlaczego 4 czerwca? Żeby odwrócić uwagę od świętowania 30 lat transformacji?
- Absolutnie nie. 4 czerwca w środowisku prawicy jest tak mocno zakorzeniony. Jest pamięć każdego z nas, który tkwił w tamtej epoce i próbował odnaleźć nową drogę przez zaangażowanie w latach 80. i 4 czerwca. Patrzymy na to, jako na naturalne świętowanie tamtego momentu. Jest refleksja. Mamy też świadomość, że tydzień temu były wyniki wyborów. Ordynacja i przepisy prawa mówią, że posłowie i ministrowie musieli ustąpić ze stanowisk. To sytuacja wymuszona przepisami prawa.
Dzisiaj uroczyste posiedzenie Senatu reaktywowanego w 1989 roku. Weźmie w nim udział prezydent Andrzej Duda. Prezydent powinien wystąpić do Senatu ws. uczynienia 4 czerwca świętem państwowym?
- To decyzja pana prezydenta i marszałka Karczewskiego. Cieszę się, że będę mógł zobaczyć wielu znajomych, którzy zostali wybrani w 1989 roku do Senatu. Warto podkreślić, że to uroczyste posiedzenie będzie takie, w którym wezmą udział wszyscy dotychczasowi senatorowie. To dobry moment, żeby porozmawiać, pomyśleć o przyszłości i przeszłości.
W pana ocenie 4 czerwca powinien być świętem państwowym?
- Nie myślę o 4 czerwca w tych kategoriach. Na 4 czerwca patrzę z mojej perspektywy. Pamiętam to wrażenie, gdy wiozłem wyniki z jednej z komisji i prosiłem koleżankę, żeby mi czytała. Ona całą drogę czytała mi wyniki. Nie mogłem się nacieszyć, że komuniści tak dostali w skórę. Pamiętam zaangażowanie, budowanie komitetu. Jako politolog z dużą dozą realizmu na to patrzę. Uświadamiam sobie wyraźnie, że komuniści i system chylił się ku katastrofie ekonomicznej. Druga połowa lat 80. to debata na temat przyjęcia wariantu Korei Południowej lub wariantu chilijskiego. Zastanawiano się jak realizować zmiany gospodarcze, żeby utrzymać władzę. Stało się dla komunistów inaczej. Dobrze, że te wybory przesądziły o wkroczeniu na nową drogę. Fatalnie się stało, że środowiska opozycyjne pewnie świadomie doprowadziły do zalegalizowania obecności w systemie politycznym po 1989 roku komunistów. Jak to możliwe, że Cimoszewicz i Miller są eurodeputowanymi? Tam trzeba szukać źródeł karier polityków i wielu biznesmenów. 4 czerwca to wygrana polityczna. W wymiarze gospodarczym to, co się wydarzyło potem, było zaprzeczeniem idei Solidarności.
Ma pan przekonanie, że można to było zrobić lepiej, inaczej? Mamy dwa punkty odniesienia. Z jednej strony Tian’anmen, z drugiej chwilę potem Bukareszt.
- Zdecydowanie tak. Pamiętajmy, że nastawienie Polaków po Stanie Wojennym do komunistów było bardzo negatywne. Większość studentów uważało, że komunistów trzeba odsunąć, nie dyskutować. Ta procedura zaproponowana przy Okrągłym Stole doprowadziła do ich obecności w systemie po 1989 roku. Kwaśniewski był prezydentem, był rząd Millera. Jest wiele przyczyn. Do tego przejście. To, co się stało w przestrzeni gospodarczej… Zaproponowano terapię szokową. Mało się mówi o obywatelach Polski, którzy znaleźli się w sytuacji katastrofy ekonomicznej. Nikt w latach 90. nie patrzył na pojedynczego człowieka. Dzisiaj odrabiamy stracony czas. Patrzymy na gospodarkę oczyma, które wspierają się na nauczaniu społecznym Kościoła. Pochylamy się nad najsłabszymi.
Jaki jest bilans dokonań samych Polaków w ciągu ostatnich 30 lat?
- Ten skok, który się dokonał, jest wielki. Systemowo i politycznie jesteśmy w przestrzeni europejskiej. Chodzi też o bezpieczeństwo militarne. Jest komfort życia. Podobnie jest z wymiarem duchowym, kulturowym. Nie mam na myśli rewolty lewicowej w Europie zachodniej. Mam na myśli sytuację… Zazdroszczę moim studentom, że oni od razu mogą jechać wszędzie w Europie na uniwersytety. Nie trzeba składać podania do dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej, żeby pozwolił czytać literaturę opatrzoną sygnaturami. Mamy dostęp do literatury, innych uniwersytetów. To niesamowite. Żyjemy w wiosce globalnej. To po 30 latach fakt. Długa i ciężka droga za nami. Wiele rzeczy można było zrobić lepiej, nie wdawać się w debaty z dawnymi komunistami. Mimo wszystko bilans jest pozytywny.