Ten sen, a tak naprawdę cyfrowy miraż, który właśnie brutalnie się rozmył. Jessica Foster nie istnieje. Nie ma jej w kartotekach Armii Stanów Zjednoczonych, nie ma jej także w realnym świecie. To postać stworzona przez sztuczną inteligencję, która w cztery miesiące zrobiła to, na co influencerzy pracują latami. Uwiodła milion ludzi samym tylko kodem i pikselami.
Dlaczego to zadziałało? Bo twórca tej postaci to marketingowy geniusz. Jessica to patriotyczna pułapka. Została zaprojektowana tak, by uderzać w najczulsze struny konkretnej grupy odbiorców. Mundur, flaga, błękitne oczy i poparcie dla prezydenta Trumpa.
Jeśli przyjrzymy się jednak jej zdjęciom z bliska, zaczyna się festiwal absurdu. Na jednym zdjęciu Jessica ma dystynkcję sierżanta, na innym jest generałem, a jeszcze na innym ma naszywkę ze szkolenia, którego kobieta w jej wieku fizycznie nie mogłaby ukończyć. Nawet jej nazwisko na mundurze bywało błędne.
To jednak nie jest tylko niewinna zabawa grafiką. Za tym profilem stał konkretny biznes. Kiedy Jessica zdobywała zaufanie i serduszka tysięcy mężczyzn, zaczęła ich odsyłać na inne, bardziej dochodowe platformy. Tam obiecywała, że odpowie na każdą wiadomość, bo nie jest robotem. To jest chyba największy żart. Robot przekonujący nas, że robotem nie jest, by wyciągnąć pieniądze z portfeli obserwujących.
Wchodzimy w czasy, w których bitwy nie toczą się już tylko o terytoria, ale o nasze emocje. Jessica Foster to idealna broń. Nie potrzebuje żołdu, nie choruje i nigdy się nie starzeje. Dziś ta wirtualna piękność prosi o lajka i sprzedaje zdjęcia, ale jutro może nam sprzedać dowolne kłamstwo, w które uwierzymy tylko dlatego, że ma ładne oczy i flagę w tle.