Wojna na Bliskim Wschodzie, zaangażowanie w nią Stanów Zjednoczonych i zużywające się zasoby amerykańskiego sprzętu bojowego, to może być istotny argument dla prezydenta, by podpisał ustawę o programie SAFE?
- To na pewno istotny element, który może wpłynąć na decyzję prezydenta. Na pierwszym miejscu powinno być bezpieczeństwo Polski. Ono powinno determinować decyzję prezydenta o ewentualnym podpisaniu tej ustawy. Program SAFE jest odmieniany przez wszystkie przypadki. Te środki są nam potrzebne. Zmodernizowanie armii jest potrzebne. Te podnoszone argumenty i sytuacja geopolityczna sprawią, że prezydent podpisze tę ustawę. Taką mam nadzieję.
Choć na Europejskim Kongresie Samorządowym prezydent przekonywał, że SAFE nie jest „być albo nie być dla polskiej obronności”. To jak pani odbiera ten sygnał?
- Pan prezydent ma kontakt z różnymi środowiskami. Różne osoby próbują przedstawiać swoje argumenty. Prezydent może mieć wielu doradców, ale odpowiedzialność spoczywa na nim. To zwierzchnik sił zbrojnych. Jego decyzja będzie rzutowała na to, co będzie się działo w polskiej armii. To się wiąże. Co ważne, znaczna część tych środków ma być ulokowana w polskiej gospodarce. To też powinno przemówić za podpisaniem ustawy. Wzmocnienie naszego PKB, dołożenie środków, nowe miejsca pracy – to też ważny argument. Mam nadzieję, że prezydent popatrzy szeroko.
Choć z drugiej strony oczywiście jest to zadłużenie 45-letnie denominowane w euro. Do Ludowców nie płyną jakieś informacje? Biorąc pod uwagę Koalicję 15 października, to akurat do Pałacu Prezydenckiego Ludowcy mają drogę najkrótszą.
- Tak. To prawda, że szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz utrzymuje dobre relacje z panem prezydentem. To też kontakt oparty na ludzkiej życzliwości. To ważne. Ja jestem członkiem rady parlamentarnej przy prezydencie. To też ważne. Mówi pan o zadłużeniu. Przecież to zadłużenie, które było zaciągnięte w Korei na zakup sprzętu, było na 6,5%. W USA na 5,24%. Fundusz zbrojeniowy to pożyczka na 5,1%. Tu mamy na 3,3%.
Jednocześnie politycy Prawa i Sprawiedliwości apelują do rządu, by już działał w sprawie cen paliw. Oczywiście to ma związek z wojną na Bliskim Wschodzie. Na razie te wzrosty są niewielkie, ale wielu ekspertów przekonuje, że jeszcze w tym tygodniu ceny mogą pójść w górę nawet o 50 groszy. Kiedy i jakich działań pani będzie oczekiwać od ministra energii? To jest czołowy polityk Polskiego Stronnictwa Ludowego.
- Musimy powiedzieć obywatelom jedno. Dostawy ropy i gazu są realizowane w sposób ciągły do Polski. Terminal w Gdańsku też działa stabilnie. Podobnie terminal w Świnoujściu. Musimy jednak wiedzieć, że w przypadku ropy, ważną częścią importu jest Arabia Saudyjska. To 50%. Mamy dostawy z innych miejsc. Tankowce Orlenu nie pływają przez cieśninę Ormuz. Cena baryłki rośnie. Mamy jednak rezerwy w państwie. Uruchomimy je, żeby stabilizować ceny. Nadmierny strach nie jest potrzebny.
Wrócę jeszcze na moment do Europejskiego Kongresu Samorządowego. Płyną z niego inne sygnały ze strony prezydenta Nawrockiego, który z dystansem podchodzi do projektu Ludowców o zniesieniu dwukadencyjności. Jak mówił prezydent, jego doświadczenia gdańskie związane z utrwalaniem monowładzy w samorządach nie są najlepsze. Czy Ludowcy usłyszeli od prezydenta jakieś deklaracje? Przecież państwo w sprawie dwukadencyjności z prezydentem Nawrockim się spotykali.
- Pewne rozmowy były, ale nic nie jest przesądzone. Każdy ma prawo do swoich opinii. Ja z południa Polski mam takie doświadczane, że wielu dobrych włodarzy jest wybieranych cały czas, jak są dobrzy. Są też nowi włodarze, którym grozi referendum. Demokracja ma swoje mechanizmy, które mogą wpływać na decyzję wyborców. Jak jest dobry gospodarz, niech realizuje swoją politykę przez kolejne lata. Jak jest zły, ludzie go nie wybiorą. Wszystkich do jednego worka nie wsadzimy. Wszędzie są różni ludzie. Podobnie w samorządach. Nie wszyscy są z zasady źli, bo są drugą kadencję i więcej nie mogą. To nie jest sprawiedliwe. Jak ludzie w kogoś wierzą, wybierają go.
Ale nie usłyszeli państwo konkretnych deklaracji od prezydenta?
- Nie. Niedługo się nad tym pochylimy znowu w Sejmie. Zobaczymy, jakie będzie głosowanie i werdykt. Musi to być tłumaczone, konsultowane. Prezydentowi też się jednak nie dziwię. Ustawę o dwukadencyjności wprowadził PiS. Pewnie prezydent ma tutaj dużą niezręczność.
Prace nad tym projektem ustawy mają powrócić w marcu. Czy rzeczywiście w przeforsowaniu tego projektu w Sejmie może pomóc rozpad Polski 2050? Czy klub Centrum jest gotowy poprzeć odejście od dwukadencyjności?
- Ja nie wnikam, jakie były powody rozpadu Polski 2050. To projekt, który można uznać za ponad polityczny. Stawiamy na szali rozwój Polski lokalnej i racjonalizm demokracji. Ograniczanie działalności nie jest uczciwe. Dlaczego włodarz jest gorszy od radnego, posła, senatora? Dlaczego jemu się to ogranicza, innym nie? To nie jest do końca konstytucyjne, bo ustawa zasadnicza określa kadencyjność tylko prezydenta RP, nie innych organów. Konstytucjonaliści mają tu dylematy. Dyskusja się toczy.
Zobaczymy, jaka będzie decyzja. Widać, że trudno uzyskać większość w Sejmie, skoro od września trwają prace nad tą ustawą i w marcu mają powrócić. Widać, że te kuluarowe rozmowy trwają i nie ma pewności co do większości...
- Demokracja ma swoje prawa.
Ostatni sondaż dla Polskiego Stronnictwa Ludowego można uznać za optymistyczny. Nadal jednak są to notowania poniżej progu. Wracając do rozpadu Polski 2050... Czy w Polsce 2050 w obecnym kształcie albo w Centrum dostrzega pani koalicjanta, z którym Polskie Stronnictwo Ludowe mogłoby budować listy wyborcze?
- Przywołam projekt wyborczy z 2023 roku. Przecież PSL i Polska 2050 szli razem.
Powrót do którejś z tych połówek albo do obu?
- W polityce nigdy nie mówi się nigdy. Oficjalnych rozmów zmierzających w tym kierunku nie znam. Rozmawiamy jednak ze sobą. Tworzyliśmy klub Trzeciej Drogi. Nie obraziliśmy się wszyscy. W polityce wszystko jest możliwe. Zobaczymy, jaka będzie formuła na kolejne wybory. Nasz prezes mówił, że pewnie pójdziemy pod szyldem PSL. Nie będziemy jednak osamotnieni. Środowiska wspierające nas pewnie będą. Zobaczymy.
Rozumiem, że to był apel do tych przyszłych koalicjantów, którzy mogliby wejść na te listy wyborcze...
- To pokazanie zalet PSL. Jesteśmy głosem rozsądku. To najważniejsze.