Brzmi to jak absurdalny absurd, ale to jest stuprocentowa, czysta jak łza prawda.
Chińska grupa hakerska o wdzięcznej nazwie Webworm, czyli sieciowy robak, zasłużyła właśnie na cybernetycznego Oscara w kategorii genialne lenistwo. Zapomnij o filmach z Hollywood. Żadnych ciemnych piwnic, zielonego spadającego kodu na ekranach ii budowania tajnych, supernowoczesnych serwerów za miliony dolarów. Chińczycy uznali, że po co przepłacać i po co się przemęczać. Zamiast budować tajną podziemną autostradę do wywożenia kradzionych danych, wjechali traktorem na zwykłą publiczną drogę i wmieszali się w tłum.
Przenieśli się ze swojej Azji do Europy i wzięli na celownik instytucje rządowe między innymi w Polsce, Belgii czy Hiszpanii. I jak ich podeszli? Stworzyli dwa wirusy. Pierwszy z nich nazywa się EchoCreep. Podpiął się pod Discorda, tego samego, na którym Twoje dzieci wieczorami krzyczą do mikrofonu grając w gry. I ten sam wirus przez Discorda wysyłał meldunki do Pekinu.
Drugi wirus udawał legalny ruch i pakował kradzione dokumenty prosto na chmurę OneDrive od Microsoftu, a potem jeszcze na Amazona. Dlaczego to zadziałało? Bo systemy bezpieczeństwa w polskich urzędach patrzyły na to i myślały, aaa, ktoś tu klika w ikonę Microsoftu, pewnie urzędnik Kowalski wysyła tabelkę w Excelu albo mema z kotem. Nie ma co robić rabanu. Genialne w swojej prostocie. Hakerzy udawali szum tła.
Na szczęście dla nas cyberspecjaliści włamali się na ich serwer i rozszyfrowali ponad czterysta wiadomości na tym Discordzie. Namierzyli ponad pięćdziesiąt zainfekowanych celów. Wiemy na pewno, że z rządu w Hiszpanii poufne pliki niestety wyciekły. Więc podsumowując, informacja jest prawdziwa - cyberszpiedzy nie potrzebują już technologii z NASA. Czasem wystarczy im ta sama aplikacja, na której umawiasz się ze znajomymi na piątkowe granie. Chińczycy dalej atakują, więc polscy urzędnicy muszą pilnie zmienić hasła. A my? My po prostu aktualizujemy systemy i nie klikamy w podejrzane linki. Nawet jak ktoś na Discordzie obiecuje nam darmowe punkty do gier.