To, co teraz krąży po TikToku czy po Facebooku, to jest klasyczne robienie z igły widły. Konkretnie robienie z rutynowej wizyty u lekarza scenariusza do filmu wojennego. Piszą o 230 tysiącach ludzi. Brzmi groźnie, bo też o to chodzi tym, którzy walczą o naszą uwagę w sieci.
Spójrzmy jednak na fakty. Kwalifikacja wojskowa to w Polsce taka sama tradycja jak korki na Zakopiance. Zdarza się co roku. Może bywa uciążliwa, ale nikogo nie powinna dziwić. W tym roku wezwania dostaje głównie rocznik 2007, czyli dziewiętnastolatkowie. Oni tam idą, żeby stanąć na wadze, przeczytać cyferki u okulisty i dostać literkę w papierach. Zazwyczaj A i tyle. Wracają do domu grać w gry albo jeść obiad u mamy.
To nie jest żaden pobór. Obowiązkowa służba jest zawieszona od 2010 roku. Większość tych chłopaków siedziała wtedy jeszcze w piaskownicy i lepiła babki z piasku.
W sieci krążą też zdjęcia wezwań dla studentów i kobiet, ale w tym przypadku sytuacja jest równie prosta. Wojsko po prostu musi wiedzieć, kogo ma na stanie. Potrzebują lekarzy, psychologów czy informatyków. Jeśli kobieta kończy np. medycynę, dostanie zaproszenie na kawę od komisji.
Wbrew temu jak wyglądają niektóre nagłówki w internecie, jest to aktualizacja bazy danych, a nie bilet na front. Internetowe trolle tylko czekają jednak, aż ktoś pomyli pojęcie "kwalifikacja" z "mobilizacją". Więc jeśli znajdziecie pismo w skrzynce, nie panikujcie. Kwalifikacja wojskowa w tym roku potrwa do końca kwietnia. W internecie wielkie, krzykliwe nagłówki często kłamią nam prosto w oczy, żeby tylko zgarnąć lajka albo naszą uwagę.