W jaki sposób wojna na Bliskim Wschodzie, zaangażowanie tam Stanów Zjednoczonych wpływa na nasze bezpieczeństwo? To pytanie oczywiście w kontekście zagrożenia za wschodnią granicą.
- Oczywiście, to, co się wydarzyło na Bliskim Wschodzie, będzie miało wpływ na Europie i pewnie też na nasz kraj. To był precyzyjny atak w przywódcę ajatollahów i zniszczenie infrastruktury wojskowej i atomowej. Oficjalnie Donald Trump wskazał takie cele, jak zniszczenie zdolności rakietowych, wojskowych, uniemożliwienie Iranowi zdobycia broni jądrowej i ostateczne obalenie reżimu Irańskiej Republiki. Wśród celów gospodarczych, geostrategicznych jest kontrola nad szlakami energetycznymi. Konflikt ten już doprowadził do zakłócenia transportu ropy i gazu. Mówię o tym dlatego, że to może mieć konsekwencje dla Europy i Polski, jeśli ten konflikt będzie długotrwały. To podniesienie cen energii.
Już o 7% ceny ropy na światowych giełdach wzrosły. Minister energii apeluje o spokój. Mówi, że nie widać paniki na stacjach benzynowych. W jaki sposób polski rząd może osłabić efekty tego, co w gospodarce dziać się będzie po wzroście cen paliw i w ogóle energii?
- Na dzisiaj tak, bo mamy umowy, ubezpieczenia i kontrakty. Jakby jednak ten konflikt okazał się długotrwały, wielomiesięczny,… Przypominam, co się działo w związku z agresją Rosji na Ukrainę w kontekście zboża. Zamknięte łańcuchy dostaw i port w Odessie. Jak będą zakłócone długofalowo dostawy ropy i gazu, może to dotknąć Polskę. Nie sieję paniki, to nie jest ten moment, ale nie wiemy, ile ten konflikt będzie trwał. Druga rzecz to odciągnięcie uwagi od Ukrainy. To dla Polski niekorzystne, bo ten konflikt zbrojny za naszą granicą jest dla nas fundamentalnie ważny.
Już takie pytania padają. Czy przy okazji dekapitacji przywódcy reżimu ajatollahów Stany Zjednoczone nie legitymizują, aby tego typu rozwiązań? To jest oczywiście pytanie w kontekście Rosji i Ukrainy.
- W trakcie ostatniej rozmowy naszej mówiłam, że wkraczamy w nowy obszar geopolityczny. Państwa imperialne – USA, Rosja, może Chiny – brutalnie sięgają po to, co uważają, że im się należy i jest dla nich korzystne. Donald Trump stworzył Radę Pokoju. Zobaczymy, jakie będą jego dalsze kroki. Czy w tak brutalny sposób, bez zgody Kongresu i ONZ, uda mu się doprowadzić do ustabilizowania relacji USA-Izrael-Iran? Ja mam wątpliwości. Zobaczymy. Jest nowa era.
Jest jeszcze obawa o zasobność topniejących amerykańskich arsenałów. Czy to może być argument w pani ocenie dla prezydenta do podpisania ustawy o programie SAFE?
- Absolutnie tak. To kolejny argument. Polska i Europa – zgodnie z tym, co mówił prezydent Trump – musi sama się zbroić. Program SAFE jest wielkim unijnym programem, dzięki któremu Polska może się szybko uzbroić. Zakres programu zbrojeniowego, to co jest potrzebne dla naszego bezpieczeństwa, zostało określone przez wojskowych. Jak oni pokazują precyzyjnie, jakiego uzbrojenia i infrastruktury potrzeba dla naszego wojska, zadaniem rządu i obowiązkiem jest w sposób błyskawiczny zapewnić finansowanie. To jest zapewnione. To pożyczki, nie granty, ale na warunkach, które pozwolą nam rozłożyć koszty w czasie. To optymalne rozwiązanie w kontekście oprocentowania i szybkości uzbrojenia. Dzisiaj nie ma alternatywy, żeby szybko się dozbroić.
Choć zadłużamy się na 45 lat w wyjątkowo niepewnych czasach. Co więcej, jak widzimy, irańskie drony uderzyły w brytyjską bazę na Cyprze, zatem na terenie Unii Europejskiej.
- To prawda. Tym bardziej to argument, żeby dzisiaj bezpieczeństwo i suwerenność Polski była numerem 1. To polska racja stanu. Musimy być bezpieczni i niezależni jako UE. Mamy mocne wsparcie USA przy uzbrojeniu. Priorytetem jest zachowanie zaangażowania USA na wschodniej flance. Musimy też budować drugą nogę, czyli obronę suwerenności całej UE. Nadchodzi epoka dużych graczy. Oni sięgają po to, co uważają, ze jest dla nich istotne. Patrzmy na bezpieczeństwo Polski w kontekście UE. PiS krytykuje program SAFE. To niezgodne z polską racją stanu. Oni widzą, że to utrudni przyszłościowy Polexit, ale bezpieczeństwo Polski to Polska w UE, Polska w mocnych sojuszach.
Teraz Kraków w cieniu referendum odwoławczego. Pani nazwisko pojawiło się w kontekście nominacji na komisarza wyborczego, gdyby doszło do takiego odwołania. Co pani na to? Rzeczywiście były takie rozmowy?
- Nie prowadzę żadnych rozmów, poza wsparciem prezydenta Miszalskiego. On się umówił z mieszkańcami Krakowa na pełną kadencję. W ramach tej kadencji ma zrealizować zobowiązania wyborcze. W tak krótkim czasie nieprzeprowadzenie referendum, które jest narzędziem demokratycznym… Mam głębokie podejrzenia, że to próba dogrywki po przegranych wyborach. Prezydent Aleksander Miszalski ma moje pełne wsparcie i wsparcie KO. On się umówił na kadencję. Po całej kadencji będzie czas na rozliczenie prezydenta z jego zobowiązań. Dzisiaj jest przedwcześnie.
Angażowała się pani w dyskusje ws. S7 Kraków-Myślenice. Dostała pani zaproszenie i weźmie pani udział w pierwszym spotkaniu w Warszawie, gdy odebrano krakowskiemu oddziałowi GDDKiA procedowanie tych przebiegów? Jak teraz będzie? Mieszkańcy będą musieli jeździć do Warszawy, żeby ktoś nie zdecydował za nich?
- Jak chodzi o pierwsze spotkanie w Warszawie ws. S7, nie dostałam zaproszenia. Wezmę jednak w nim udział. Moje biuro napisało do gospodarza maila z prośbą i informacją, że chcę w tym wziąć udział. Politycy KO z regionu od początku wspierają ludzi południowego Krakowa. Uważam, że S7 musi powstać. Ta infrastruktura jest potrzebna. Ten przebieg jednak nie może generować dodatkowych problemów dla Krakowian. Jestem wybrana głosami Krakowian, nie mieszkańców południowej Europy. Ruch tranzytowy, który będzie przejmowany z południa Europy przez BDI i węzeł w Głogoczowie, ma omijać Kraków. Takie jest moje zdanie. O to proszą mnie mieszkańcy Krakowa. Cieszę się, że będą szersze rozmowy, choć na dziś nie widzę jeszcze żadnej formalnej zmiany. Jakie będą dalsze losy aktualnego „stesia”, losy kontraktu i jakie zmiany formalno-prawne dzisiaj w tej inwestycji są planowane przez GDDKiA?