Na początek jeden z najczęściej powtarzanych mitów - także przez polityków. Lepiej nie dostawać podwyżki, bo po przekroczeniu progu podatkowego w praktyce zarabia się mniej.
To oczywiście mit, wynikający z nieporozumienia dotyczącego stawek podatkowych. W Polsce podwyższona, 32-procentowa stawka obejmuje wyłącznie dochód powyżej progu 120 tysięcy złotych rocznie. Każda złotówka do tej kwoty jest opodatkowana według niższej stawki. Faktycznie może się zdarzyć, że tuż po przekroczeniu progu „na rękę” dostaniemy chwilowo mniej niż miesiąc wcześniej, ale każda kolejna złotówka nadal zwiększa dochód. To nie jest sytuacja, w której podwyżka powoduje realną stratę.
Drugi próg to 120 tysięcy złotych rocznie, ale to nie znaczy, że wystarczy zarabiać co miesiąc około 10 tysięcy brutto, by od razu w niego „wpaść”.
Dokładnie. Najpierw od wynagrodzenia odliczane są składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. Do tego dochodzą wspólne rozliczenia z małżonkiem, ulgi - na przykład na dzieci. W praktyce wiele osób przekracza drugi próg dopiero pod koniec roku.
Czyli często dopiero w listopadzie albo grudniu?
Tak. Osoby zarabiające nieco ponad 120 tysięcy złotych rocznie przez większość roku płacą podatek według stawki 12 procent. Dopiero w ostatnich miesiącach część ich dochodu trafia do wyższej stawki, co może dawać wrażenie nagłego spadku wypłaty. Problem polega na tym, że w Polsce patrzymy głównie na miesięczne pensje, a nie na dochód roczny - a to sprzyja nieporozumieniom.
Stąd też żarty, że prezesi spółek - choćby samorządowych - wpadają w drugi próg już wiosną.
To prawda, ale problem jest głębszy. Progi podatkowe były ustalane w zupełnie innych realiach kosztów życia. Po okresie wysokiej inflacji kwoty, które kilka lat temu uznawaliśmy za wysokie dochody, dziś coraz częściej dotyczą klasy średniej, a nie najzamożniejszych.
Rząd nie chce podnosić drugiego progu. Krytycy mówią wprost: bo to się budżetowi opłaca.
Liczby to potwierdzają. W 2022 roku w drugi próg wpadało około 700 tysięcy osób, czyli 3 procent podatników. W 2024 roku było to już około 2 milionów, a w 2025 - według szacunków - nawet 2,5 miliona osób, czyli co dziesiąty podatnik. Dla budżetu państwa to dodatkowe wpływy, zwłaszcza przy wysokim deficycie i dużych wydatkach - na zbrojenia czy programy społeczne. Dla podatników oznacza to jednak mniejszą przewidywalność dochodów.
Czyli dziś przy dochodach rzędu 8,5 tysiąca „na rękę” ryzyko wejścia w drugi próg jest realne.
Tak, szczególnie w jednoosobowym gospodarstwie domowym. I coraz częściej dotyczy to nie menedżerów czy dyrektorów, ale specjalistów dobrze wykonujących swoją pracę. Tymczasem idea progresji podatkowej zakłada, że wyższe stawki powinny obejmować naprawdę wysokie dochody.
Jak to zmienić? Powiązać progi ze średnim wynagrodzeniem?
To jedno z możliwych rozwiązań, podobnie jak powiązanie progów z płacą minimalną albo inflacją. Technicznie jest to możliwe, ale patrząc na praktykę europejską - raczej mało prawdopodobne. W większości krajów progi są ustalane kwotowo i tylko okresowo waloryzowane.
A trzy progi podatkowe?
Czemu nie, choć to coraz rzadsze rozwiązanie. Większość krajów ma dziś dwie stawki. Problemem jest przejrzystość systemu - im więcej progów, tym więcej nieporozumień i kolejnych „pułapek inflacyjnych”.
Czy jest w Europie model bliski ideału?
Dla mnie kluczowa jest wysoka kwota wolna od podatku. Osoby zarabiające w okolicach płacy minimalnej powinny płacić bardzo niskie, a najlepiej zerowe podatki. Dopiero powyżej sensownego minimum można dyskutować o progresji. Stawka 32 procent, na tle Europy, nie jest wysoka - jesteśmy raczej pośrodku między krajami o bardzo niskich i bardzo wysokich podatkach. Wysoka kwota wolna i umiarkowana progresja to, moim zdaniem, najbardziej sprawiedliwe rozwiązanie.