EPA/MAST IRHAM Dostawca: PAP/EPA.
Głośnym echem odbiła się wypowiedź prezydenta Stanów Zjednoczonych dotycząca europejskich sojuszników i ich postawy podczas wojny w Afganistanie. Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer zażądał w tej sprawie przeprosin. Gdyby podobny krok wykonał polski prezydent - czy miałby szansę je usłyszeć?
Prof. Radosław Rybkowski: To trudne pytanie, ale niezależnie od tego, czy przeprosiny by padły, Polska powinna się ich domagać. Proporcjonalnie do swoich możliwości militarnych Polska naprawdę stanęła murem za Stanami Zjednoczonymi. W przypadku Afganistanu można mówić o uzasadnionej reakcji na zamachy terrorystyczne - ówczesny reżim talibów wspierał działania Al-Kaidy i Osamy bin Ladena. Natomiast zaangażowanie w Iraku, w drugiej wojnie w Zatoce Perskiej, opierało się na argumentach, które okazały się nieprawdziwe. Nie było broni masowego rażenia. A jednak Polska weszła do Iraku na prośbę strony amerykańskiej.
I nie wszyscy sojusznicy wtedy do Iraku weszli.
Dokładnie. Hiszpania czy Francja były temu zdecydowanie przeciwne. Wystarczy przypomnieć słynną, bardzo niedyplomatyczną wypowiedź Jacques’a Chiraca, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej miały okazję milczeć i należało z niej skorzystać.
Czy w takim razie warto dziś kruszyć kopie o słowa wypowiedziane przez prezydenta USA? A może ważniejsze jest utrzymywanie jak najlepszych relacji z kluczowym partnerem militarnym?
Niedawno opublikowano Narodową Strategię Obrony Stanów Zjednoczonych. Pod koniec dokumentu jasno zapisano, że USA będą wspierać sojuszników, ale oczekują, że ci w większym stopniu zajmą się własną obroną. To jest spójne z przekazem Donalda Trumpa: jesteśmy sojusznikami, ale brońcie się sami. To fundamentalna zmiana podejścia.
Skoro tak, to czy w ogóle warto wchodzić w takie dyskusje? Donald Trump mówi, co chce - i raczej tego nie zmieni.
Problem w tym, że za słowami idą realne konsekwencje. One osłabiają sojusz północnoatlantycki. Przykładem jest Kanada - premier Mark Carney mówił o kryzysie dotychczasowego porządku międzynarodowego, nie atakując personalnie USA. W odpowiedzi Donald Trump, nie kanałami dyplomatycznymi, lecz przez Truth Social, wycofał zaproszenie Kanady do Rady Pokoju. To pokazuje, że słowa naprawdę mają konsekwencje.
Skoro już mowa o Radzie Pokoju - czy warto płacić miliard dolarów za obecność w takim gremium?
Nie nazwałbym tego pieniędzmi wyrzuconymi w błoto, ale trzeba jasno powiedzieć: to pieniądze, które de facto trafiają na konto Donalda Trumpa, a nie na rzecz długofalowej polityki Stanów Zjednoczonych. Dla krajów takich jak Bahrajn to żaden problem, ale zasadnicze pytanie brzmi: po co ta rada w ogóle istnieje? Miała dotyczyć odbudowy Strefy Gazy, tymczasem Gaza nie pojawia się w dokumentach założycielskich. Wiadomo natomiast jedno - Trump jest jej przewodniczącym i bez jego zgody nic się tam nie wydarzy.
Czyli jednym słowem - biznes.
Tak, ale biznes oparty wyłącznie na sile negocjacyjnej. Badania ekonomistów pokazują, że takie podejście rzadko przynosi długofalowe efekty. Zaufanie i partnerstwo często są skuteczniejsze niż grożenie wykluczeniem.
Wróćmy na chwilę do sytuacji wewnętrznej w USA. Po kolejnej śmierci z rąk funkcjonariuszy ICE znów widzimy protesty. Czy to wydarzenia, które mogą wyprowadzić Amerykanów masowo na ulice?
W Minnesocie na pewno. Ale generalnie Amerykanów najbardziej przekonują własne portfele. A w nich nie jest dobrze. Bezrobocie rośnie, inflacja co prawda jest pod kontrolą, ale ceny - zwłaszcza w wyniku wojen celnych - pozostały wysokie. Obietnice złotego okresu gospodarczego czy spektakularnych obniżek cen leków nie przełożyły się na codzienne życie.
A Republikanie? Czy widać zmianę ich podejścia?
Dla mnie, jako badacza Ameryki od lat 90., to smutny obraz. Partia Republikańska, która kiedyś reprezentowała spójne, konserwatywne wartości, przez długi czas była jedynie zapleczem Donalda Trumpa. Teraz pojawiają się głosy krytyczne - że tak nie można traktować sojuszników i że nie da się budować relacji międzynarodowych wyłącznie na konflikcie. Czy to przekona wyborców? Zadecyduje ekonomia. Trump notuje bardzo słabe wyniki w sondażach.
Czy tragiczne wydarzenia ostatnich dni mogą być punktem przełomowym?
Historia pokazuje, że wiele razy wydawało się, iż „teraz będzie inaczej”. Ludzie mają jednak zdolność przechodzenia nad tragediami do porządku dziennego. Protesty są, ale mniejsze - choćby ze względu na ekstremalne mrozy. Część wyborców już wie, że w wyborach połówkowych nie zagłosuje na Republikanów. Problem w tym, że Demokraci wciąż mają trudność z przedstawieniem pozytywnego programu. Sam sprzeciw wobec Trumpa nie wystarczy - trzeba pokazać, że jest się realnie lepszym wyborem.
Gościem Radia Kraków był Radosław Rybkowski, dyrektor Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego,