Dezinformacja to taka informacja, o której osoba przekazująca ma świadomość, że jest fałszywa - albo przynajmniej ma poważne wątpliwości co do jej prawdziwości - a mimo to podaje ją dalej. Kluczowe jest tu słowo: intencja. Dezinformacja nie jest tylko błędem. To działanie, które ma wprowadzić odbiorcę w błąd.
W języku polskim często wrzucamy do jednego worka bardzo różne zjawiska, a w angielskim rozróżnia się dwa pojęcia: misinformation i disinformation. Misinformation to fałszywa informacja przekazywana bez złej woli - ktoś w nią uwierzył, nie sprawdził i udostępnia. Disinformation to przekaz celowy - tworzony albo rozpowszechniany z zamiarem manipulacji.
Granica bywa nieostra
Dezinformacja może mieć różną formę: od zmanipulowanego tekstu po obraz, film, deepfake, a nawet zwykłe „upiększanie” rzeczywistości. Czasem to, co wygląda jak niewinna kreacja, bywa już elementem wprowadzania w błąd. Gdybyśmy byli bardzo rygorystyczni, moglibyśmy powiedzieć, że nawet sposób prezentowania produktów w internecie bywa pewną formą manipulacji: pokazuje rzeczy w wyjątkowo korzystnym świetle, bardziej niż ma to miejsce w rzeczywistości. I właśnie dlatego tak trudno wyznaczyć jednoznaczną granicę - bo dezinformacja często działa nie przez oczywisty fałsz, ale przez mieszanie prawdy z nieprawdą.
Największym problemem jest to, że dezinformacja do złudzenia przypomina informację. Jest podana w podobnym stylu, w podobnym formacie, często z pozornymi „dowodami”, czasem z autorytetem w tle. A jednocześnie żyjemy w świecie, w którym dociera do nas ogromna ilość treści. Nie mamy zasobów, czasu i siły, by wszystko weryfikować. Oszczędność poznawcza - czyli naturalna skłonność do upraszczania i skracania procesu myślenia - sprawia, że jesteśmy bardziej podatni na manipulację. W praktyce oznacza to, że często przekazujemy dalej rzeczy, których nie sprawdziliśmy, czasem z silną emocją: żeby ostrzec innych, albo przeciwnie - żeby podzielić się czymś „fantastycznie dobrym”.
Dezinformacja ma dwie twarze
Jedna opiera się na strachu: ostrzeżeniach, zagrożeniach, alarmujących przekazach. Druga bazuje na obietnicy poprawy życia: „to ci pomoże”, „to działa”, „to jest cudowna metoda”. Obie strony mogą być wymieszane w różnych proporcjach, ale mechanizm jest podobny: przekaz ma uruchomić emocję, a emocja ma popchnąć do szybkiej reakcji - bez sprawdzenia.
Jeśli spojrzymy szerzej, dezinformacja dotyczy każdej strefy życia: biznesu, medycyny, polityki, życia społecznego, a nawet sfery psychicznej. Może przybierać formę pojedynczego fałszu, ale może być też elementem większej układanki. Tu pojawia się pojęcie wojny informacyjnej. Wojna informacyjna to w gruncie rzeczy złożona dezinformacja: mechanizm uruchamiany po to, by osiągnąć konkretny skutek. Nie musi być przekazem wprost. Może działać nie wprost - przez wzmacnianie niepokoju, lęku i podejrzliwości. Społeczeństwo, które jest w stanie napięcia, łatwiej prowadzić w kierunku określonych poglądów i decyzji.
Odbiorcą dezinformacji może być każdy. Każdy jest w stanie natknąć się na treści nieprawdziwe, po prostu korzystając z mediów. Nie ma ludzi całkowicie odpornych. Różnimy się natomiast tym, na jakie mechanizmy jesteśmy bardziej podatni.
Efekt potwierdzania, czyli konfirmacji
Jednym z podstawowych mechanizmów jest efekt potwierdzania, czyli konfirmacji. Mamy skłonność do przyjmowania informacji, które pasują do tego, co już myślimy, w co wierzymy i w jakim środowisku funkcjonujemy. Jeśli dana treść krąży w naszej grupie i jest wystarczająco często powtarzana, łatwiej uznać ją za prawdziwą. Tak powstaje bańka informacyjna, a czasem - bańka dezinformacyjna. Dodatkowo algorytmy w mediach społecznościowych chętnie podsuwają nam treści podobne do tych, które już oglądamy. Jeśli mechanizm raz zaskoczy, w określonych środowiskach potrafi działać bardzo sprawnie i bardzo długo.
Drugim ważnym czynnikiem jest wysiłek poznawczy. Dochodzenie do prawdy wymaga czasu, energii i kompetencji: trzeba szukać źródeł, porównywać, rozpoznawać manipulacje. A kiedy już jesteśmy w bańce, wyjście z niej wymaga jeszcze większego wysiłku: trzeba nie tylko szukać informacji, ale szukać informacji sprzecznych z tymi, które dostajemy na co dzień. To trudne i obciążające. W dodatku osoby w stanie stresu i napięcia mają mniejsze zasoby poznawcze. Zastraszenie, przeciążenie i przeładowanie informacjami to proste metody, które zwiększają podatność na dezinformację.
Szczególną rolę odgrywa strach. Jako emocja ma ewolucyjny sens: pozwala szybko reagować na zagrożenie. Dlatego jesteśmy bardziej wyczuleni na informacje negatywne - one w naszej psychice mają pierwszeństwo. To bywa wykorzystywane: nawet neutralny tekst może stać się „alarmujący”, jeśli dostanie alarmujący tytuł. Ale problem dezinformacji nie sprowadza się wyłącznie do strachu. Coraz częściej mamy do czynienia z pulpą informacyjną: obrazek, filmik, obrazek, krótkie bodźce - często bez poważnej treści. I to też jest groźne, bo prowadzi do przesycenia. Kiedy jesteśmy przesyceni, spada nasza zdolność i chęć odróżniania prawdy od fałszu.
Kolejny mechanizm to iluzja prawdy: powtarzalność. Jeśli coś słyszymy wielokrotnie, zaczyna brzmieć wiarygodnie. Jesteśmy w pewnym sensie „maszynami indukcyjnymi”: to, co się powtarza, traktujemy jako bardziej prawdopodobne. W nauce powtarzalność też jest ważna -ale w świecie dezinformacji ten mechanizm działa przeciwko nam. Fałsz powtarzany wielokrotnie może zacząć wyglądać jak fakt.
„Prawda leży pośrodku”
Z tym wiąże się jeszcze jedna pułapka: przekonanie, że „prawda leży pośrodku”. Jeśli zestawi się stanowisko oparte na faktach ze stanowiskiem wyssanym z palca, część osób uzna, że skoro jest debata, to prawda jest gdzieś między jednym a drugim. Wtedy nie ma znaczenia, że jedna strona jest całkowicie fałszywa. Sama obecność „drugiej wersji” zasiewa wątpliwość - a ta wątpliwość jest niezwykle cenna dla twórców dezinformacji.
Ważną rolę gra też autorytet. Często weryfikujemy nie sam komunikat, tylko nadawcę. To bywa pomocne, gdy autorytet wynika z realnej wiedzy i doświadczenia. Ale może też być narzędziem manipulacji: ktoś może odwołać się do statusu eksperta, żeby „wcisnąć dowolną głupotę”, albo przeciwnie - można podważyć autorytet, by odbiorca przestał skupiać się na treści. Wystarczy zasugerować, że naukowiec „na pewno ma interes”, „ktoś mu płaci”, „jest częścią układu” - i nagle zamiast analizować fakty, zaczynamy analizować motywy. To tworzy idealne podłoże do szerzenia dezinformacji.
Czy da się całkowicie uodpornić?
W praktyce - nie. Przy dzisiejszym zalewie treści nie jesteśmy w stanie weryfikować wszystkiego. Ale można wypracować pewne nawyki, które działają jak hamulec bezpieczeństwa.
Po pierwsze: warto wyznaczać obszary naprawdę istotne - takie, które wpływają na zdrowie, bezpieczeństwo, finanse i decyzje życiowe - i tam podnosić próg ostrożności. Po drugie: zamiast przeskakiwać z jednego konta w mediach społecznościowych na drugie, warto szukać rzetelnych źródeł i porównywać informacje w kilku miejscach. Po trzecie: ważne jest chłodzenie emocji. Jeśli informacja wzbudza w nas bardzo silny strach, złość albo zachwyt, to sygnał ostrzegawczy. Chłodniejsze podejście do treści - nawet jeśli nie jest łatwe - zmniejsza ryzyko, że staniemy się kolejnym ogniwem w łańcuchu dezinformacji.