Na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie leją się hektolitry krwi. Dosłownie. Współczesna adaptacja „Antygony” to spektakl intensywny, brutalny wizualnie i bezkompromisowy - a jednym z jego najmocniejszych elementów jest sceniczna krew, której zużywa się od kilkudziesięciu do nawet kilkuset litrów podczas jednego przedstawienia. Za ten efekt nie odpowiada jednak teatralna maszynka do iluzji, lecz… naukowcy z Politechniki Krakowskiej.
To właśnie zespół Katedry Chemii i Technologii Organicznej PK, pod kierunkiem prof. Piotra Michorczyka, dziekana Wydziału Inżynierii i Technologii Chemicznej, we współpracy z dr. Adamem Węgrzynowiczem, opracował i wyprodukował specjalną krew sceniczną na potrzeby spektaklu. Preparat, który musi jednocześnie wyglądać jak prawdziwa krew, zachowywać się jak prawdziwa krew, a przy tym nie niszczyć kostiumów, nie podrażniać skóry aktorów i dać się sprać.
Skala przedsięwzięcia okazała się dla naukowców zaskoczeniem. Początkowo mowa była o „kilkuset litrach”, ale dopiero później wyszło na jaw, że pojedyncze przedstawienie może pochłaniać od 50 do niemal 500 litrów krwi scenicznej. Dla uczelni, która na co dzień pracuje w skalach laboratoryjnych - gramowych lub kilogramowych - oznaczało to poważne wyzwanie technologiczne. Produkcja odbywała się partiami w dwudziestolitrowych zbiornikach, powtarzana dziesiątki razy, aż do uzyskania łącznie blisko pół tony gotowego preparatu.
To nie jest „woda z farbką”. Krew sceniczna musiała spełnić konkretne wymagania reologiczne - mieć odpowiednią lepkość, gęstość, połysk i głębię koloru. Kluczowe było także to, by nie barwiła trwale tkanin. Chemicy testowali kilkanaście różnych formulacji, eksperymentując z barwnikami, pigmentami i dodatkami wpływającymi na zachowanie cieczy. Ostatecznie to trzynasta wersja okazała się tą, która najlepiej oddawała wygląd krwi żylnej - ciemnej, gęstej, realistycznej po rozlaniu na scenie.
Skład preparatu pozostaje częściowo tajemnicą. Wiadomo, że jednym z komponentów jest cukier, co tłumaczy słodki smak, o którym - pół żartem, pół serio - mówią aktorzy. Całość opiera się jednak wyłącznie na substancjach dopuszczonych do obrotu spożywczego i o czystości farmaceutycznej. Bezpieczeństwo było warunkiem absolutnym - krew ma kontakt nie tylko z kostiumami, ale i ze skórą, a czasem także z ustami aktorów.
Dla Politechniki Krakowskiej to coś więcej niż ciekawostka. Projekt stał się realnym doświadczeniem pracy w skali półprzemysłowej i rzadkim przykładem współpracy nauki z instytucją kultury. Naukowcy nie wykluczają dalszego rozwoju preparatu, a nawet jego patentowania - choć mają świadomość, że rynek tego typu produktów istnieje od lat, a droga od sceny Teatru Słowackiego do ewentualnej komercjalizacji jest długa i obwarowana licznymi wymogami.
Na razie jednak krew z Politechniki Krakowskiej spełnia swoją funkcję tam, gdzie ma największą siłę rażenia - na scenie. W nowoczesnej, rapowej „Antygonie” staje się nie tylko rekwizytem, ale nośnikiem emocji i symbolem konfliktu, który - jak zauważają sami twórcy preparatu -pozostaje niezmiennie aktualny.