Oczywiście, że to fejk i to szyty tak grubymi nićmi, że aż trzeszczy w głośnikach. Ale w porannym biegu potwornie łatwo łyknąć taki haczyk.
Klasyczny scenariusz wygląda tak: poranna kawa w kubku termicznym, stoicie w potężnym korku na Alejach Trzech Wieszczów, radio gra, a tu nagle SMS. Nadawca: No, mObywatel, jak byk. Treść: Masz nieopłacony mandat drogowy.
Emocjonalny szantaż w tych wiadomościach jest taki: oszuści straszą nas rejestrami długów i gigantycznymi karami, a przede wszystkim dają ultrakrótki czas na reakcję. Bo w stresie człowiek wyłącza myślenie i po prostu klika. A co się kryje pod tym linkiem z SMS-a? No tu czapki z głów, bo to majstersztyk manipulacji.
Wchodzicie na stronę, która wygląda kropka w kropkę jak rządowy portal, żeby było wiarygodnie, system prosi – podaj numer rejestracyjny auta. I teraz hit. Wpisujecie tam absolutnie cokolwiek. No choćby K1 Kraków albo HULAJNOGA2. I co? I ten rzekomy rządowy system to znajduje. Cud nad Wisłą. Pokazuje jakąś zmyśloną lokalizację GPS, wyskakuje niby zdjęcie z fotoradaru i od razu przekierowanie do płatności.
Tyle że tam zamiast bezpiecznego logowania do Waszego banku, czeka formularz na dane karty. Podajecie numer, datę ważności i specjalny kod, no i właśnie sfinansowaliście cyberprzestępcy luksusowe wakacje. Zapamiętajmy jedną świętą zasadę – państwo polskie nigdy nie wysyła SMS-ów z linkami do szybkich płatności za mandaty. Informację o mandacie znajdziecie wyłącznie po bezpiecznym, samodzielnym zalogowaniu się do prawdziwej aplikacji mObywatel albo po prostu tradycyjnym poleconym liście z urzędu. Kierowcy, bądźcie czujni i nie dajcie się oskubać na wirtualny fotoradar.