Polski prezydent - po konsultacjach z premierem - nie złożył podpisu w związku z udziałem Polski w Radzie Pokoju, ale był na uroczystości powołania tej Rady. Czy powinniśmy się raczej od tej Rady trzymać z daleka, czy ten obecny rozkrok wydaje się najlepszym rozwiązaniem? Jak długo jeszcze w nim wytrzymamy?
- Ta decyzja pana prezydenta była zgodna z rządową rekomendacją. Tutaj jest potrzebna współpraca. Przystąpienie do każdej inicjatywy międzynarodowej, musi być decyzją rządu, parlamentu i potem jest podpis prezydenta. Tutaj było to niemożliwe nawet ze względów czasowych. Temat musi być poważnie rozpatrzony. Zwrócę uwagę na pewien fakt. Do Rady – poza Bułgarią i Węgrami – nikt z UE nie przystąpił. Od uczestników zależy sprawczość gremia. Zobaczymy, jak to się rozwinie. Na ten moment nie przystąpiliśmy do Rady Pokoju, ale prezydent był na uroczystości.
Odnosząc się do tego nowego ciała, które prowadzi Donald Trump, to jesteśmy raczej przy stole teraz czy jesteśmy raczej w menu?
- Ja bym tego tak nie formułował. Każdy, kto obserwuje prezydenturę Trumpa, ma swoje zdanie. Jego decyzje podlegają pewnym zmianom. Co jakiś czas ogłasza nowe inicjatywy, inne tracą swój bieg. Zobaczymy. Z naszego punktu widzenia kwestia sprawiedliwego pokoju na Ukrainie jest kluczowa. To dla nas jest najważniejsze.
Z przedstawicielami Władimira Putina spotkał się wczoraj Steve Witkoff. Prezydent Federacji Rosyjskiej nie zdecydował jeszcze, czy przystąpi do tej Rady, ale zadeklarował, że wesprze Radę miliardem dolarów z zamrożonych aktywów. No i tak reasumując...
- Reasumując, prezydent Trump dobrze się czuje w ujęciach biznesowych.
Udało się zjeść i mieć ciastko, na razie przynajmniej, biorąc pod uwagę tę Radę?
- Trochę tak, ale trzeba patrzeć na dalszy bieg wydarzeń. Dla nas kluczowy jest pokój w Ukrainie.
Koalicja Obywatelska spogląda na to, co się dzieje w Polsce 2050 już z rozbawieniem, czy może z niepokojem? Trudno przewidzieć skutki tej możliwej implozji u koalicjanta.
- Jeśli opinia publiczna jest codziennie zajmowana tym tematem i ta debata z udziałem członków Polski 2050 jest relacjonowana, trudno, żebyśmy my się tym nie interesowali. To nasz ważny koalicjant. Każdy wie, że bez posłanek i posłów Polski 2050, nie byłoby większości. To kluczowe. Nie mam wątpliwości, że ci posłowie – bez względu jak potoczą się te losy… Życzę im, żeby to się dobrze skończyło. Przywództwo w formacji jest niezbędne. Oni są potrzebni, żebyśmy realizowali politykę rządu Donalda Tuska.
Jest pan przekonany, że Koalicja 15 października ma dalej większość parlamentarną i będzie mieć bez względu na to co się wydarzy w Polsce 2050?
- Tak sądzę. Poznaliśmy te osoby. Nie sądzę, żeby to były osoby – bez znaczenia co się wydarzy – skore do współpracy z PiS.
Codziennie mamy nowe doniesienia. Oskarżenia ostatnio o próbę puczu, politycy tracą stanowiska...
- To nie służy formacji. Każdy z nas wie, że to wyniszczające. Pewnie to wiedzą też politycy Polski 2050. Życzę im, żeby ten spektakl jak najszybciej zakończyli i dokonali wyboru. Sprawne przywództwo jest potrzebne Polsce 2050.
Zna pan już takich polityków Polski 2050, którzy pukają do drzwi Koalicji Obywatelskiej?
- Poznaliśmy ich. Współpracujemy dwa lata lub dłużej. Była wspólna droga. Te osoby w pracy parlamentarnej poznaliśmy. Stąd te obawy są mniejsze co do stabilności Koalicji 15 października. Czy są w stanie ze sobą współpracować? To pytanie do nich. Ja za nich nie będę odpowiadał. Dziś są na etapie wyboru swoich władz. To się pewnie do 31 stycznia nie zmieni. Mam nadzieję, że wtedy to się zakończy i tydzień później Rada Krajowa Polski 2050 wybierze swoje władze.
Docierają do nas niepotwierdzone na razie informacje, że po zakończonych konsultacjach społecznych w sprawie S7 Kraków-Myślenice te wszystkie warianty Generalna Dyrekcja może wyrzucić do kosza. Czy wie pan coś na ten temat?
- Jeśli pan pozwoli, krótko powiem, że mamy przełom w budowie Sądeczanki. Decyzja środowiskowa jest utrzymana w mocy. GDDKiA podzieliła to na 5 odcinków. W przypadku dwóch odcinków Uszew-Wytrzyszczka i Łososina-Tęgoborze będzie korekta przebiegu drogi, w tym tunel pod Justem. Te trzy odcinki po pracach geologicznych będą realizowane w formule zaprojektuj-wybuduj. Rok 2028 to już będą na pewno przetargi. To przełom. To dobra wiadomość. Będzie większy limit środków na to zadanie, bo wariant samorządowy jest droższy.
Jak to się przekłada na S7?
- Co do S7, ja wiem, że to wielkie wyzwanie inżynieryjne. Trzeba zaproponować warianty, które będą miały akceptację społeczną. Na razie tego nie widać. Na komisji infrastruktury mówiłem, że oczekuję, iż inne warianty będą proponowane. Tę drogę trzeba wybudować. Będzie modernizowana zgodnie z planem przyjętym przez GDDKiA, ale to nie załatwia sprawy. Po wybudowaniu BDI, napłynie dodatkowe 15-20 tysięcy pojazdów tam. Bez ekspresówki na południe sobie nie poradzimy. To zadanie GDDKiA, inżynierów. Jak nie ma akceptacji dla tych wariantów, oczekujemy nowych. Entuzjazmu wielkiego ludzi też się jednak nie spodziewam. To niezwykle trudne. Każdy z nas wie, że południe Krakowa i gminy na południe od Krakowa są mocno zurbanizowane. Znalezienie tam korytarza o 100-metrowej szerokości jest bardzo trudne. Oczekujemy, że to zostanie dobrze przeprowadzone. Każda droga, jak się prezentuje warianty, zawsze budzi wielkie emocje. To dotyczy mieszkańców, dla których to zmiana statusu. Albo będą mieli domy zburzone, albo będą mieszkali niedaleko ruchliwej drogi. Przy Sądeczance było 5 lat prac koncepcyjnych. Na decyzji środowiskowej też droga była kwestionowana. Pokazaliśmy otwartość. Możemy wydać więcej, żeby droga miała społeczną akceptację. Nie oczekuję, że to będzie blokada „nie, bo nie”. Mieszkańcy Kęt, Kalwarii zasługują, żeby do Krakowa w rozsądnym czasie dojechać.
Wszystko się zgadza, ale ten aspekt społeczny jest ważny. Piszą do nas osoby, które były wywłaszczane ze względu na Trasę Łagiewnicką i teraz drugi raz mogą być wywłaszczone w związku z budową S7.
- Ja tego nie neguję. Dramaty ludzkie są tu bardzo ważne. Trzeba to brać pod uwagę.