Gdyby doszło do konsolidacji uczelni w Krakowie, z kim Uniwersytet Ekonomiczny mógłby się połączyć?
Uniwersytet Ekonomiczny nie ma zamiaru łączenia się z żadną uczelnią i nie chce też nikogo do siebie przyłączać. Bardzo dobrze rozwijamy się jako autonomiczny podmiot. Odnotowujemy stały wzrost liczby kandydatów - w ubiegłym roku było to ponad 14 tysięcy osób. Nasza pozycja nie wymaga konsolidacji z innymi uczelniami.
A patrząc na potencjał - Uniwersytet Ekonomiczny byłby w takim procesie „zjadany” czy „zjadający”?
Raczej byłby „zjadany”. Jesteśmy atrakcyjni dla innych uczelni ze względu na zainteresowanie studiami u nas, ale trzeba pamiętać, że duże uczelnie już dziś mają wydziały ekonomiczne czy zarządzania. W procesie konsolidacji pojawia się hasło „synergia”, ale to pojęcie jest nadużywane. W praktyce oznaczałoby likwidację słabszych jednostek.
Czyli konsolidacja byłaby korzystna głównie dla największych uczelni - jak Uniwersytet Jagielloński czy AGH - a nie dla takich jak UEK?
Zdecydowanie tak. Najbardziej korzystne jest to rozwiązanie dla ministerstwa, które szuka oszczędności w trudnej sytuacji finansowej nauki. Długofalowo to jednak bardzo niekorzystne dla rozwoju szkolnictwa wyższego. Wbrew narracji publicznej Polska nie ma nadmiaru uczelni. Liczba uczelni na milion mieszkańców należy u nas do najniższych w Europie, a nawet poza nią.
A co z argumentem demograficznym - za kilkanaście lat niż dotknie uczelnie?
W tych około 350 uczelniach, o których się mówi, większość to bardzo małe uczelnie prywatne, często bez własnej kadry naukowej i zaplecza badawczego. Uczelni z realnym potencjałem naukowym jest znacznie mniej. Tymczasem badania i szkolnictwo wyższe są jednym z głównych motorów rozwoju innowacyjnego. Tu nie wolno oszczędzać - każda zainwestowana złotówka zwraca się wielokrotnie.
Ministerstwo mówi o zachętach finansowych - nawet 10-procentowym wzroście subwencji po konsolidacji.
To bardzo atrakcyjna obietnica dla największych uczelni, ale na razie nie ma twardych zapisów prawnych. Te 10 procent pojawiło się jeszcze w zapowiedziach ministra Wieczorka i miało dotyczyć jednego roku. Docelowo chodzi jednak o redukcję kosztów - głównie poprzez likwidację zdublowanych struktur administracyjnych, a to oznacza realną likwidację części uczelni.
Jak środowisko akademickie reaguje na te plany?
Jest podzielone, ale większość uczelni jest przeciwna konsolidacji. Najwięksi są nią zainteresowani, bo zyskują potencjał i środki. Uczelnie mniejsze - które w praktyce byłyby likwidowane - zdecydowanie się sprzeciwiają.
Co w tej sytuacji zrobi środowisko?
Będziemy jasno komunikować zagrożenia. Problemem jest system finansowania wprowadzony ustawą 2.0, który oderwał subwencję od liczby studentów. Paradoksalnie uczelnie z dużą liczbą studentów są dziś karane finansowo. To prowadzi do pogarszania kondycji wielu uczelni i tworzy presję na konsolidację.
Gdyby jednak doszło do najdalej idącego scenariusza - ile publicznych uczelni zostałoby w Krakowie?
Myślę, że dwie. Uniwersytet Jagielloński i Akademia Górniczo-Hutnicza.
To niebezpieczna wizja?
Tak, bo powstałyby „megauniwersytety” zatrudniające 30-40 tysięcy pracowników i kształcące ponad 100 tysięcy studentów, zarządzane przez rektora-naukowca bez przygotowania menedżerskiego. Przy obecnych ogromnych kompetencjach rektora to realne ryzyko organizacyjne.
Na koniec - rynek pracy w Krakowie. Zwolnienia grupowe, obawy o przyszłość absolwentów.
Nie obserwujemy masowego odpływu firm do Indii. Wręcz przeciwnie – powstają nowe centra, jak choćby centrum Rolls-Royce’a. W sektorze usług biznesowych w Krakowie działa ponad 250 firm zatrudniających około 120 tysięcy osób. Zwolnienia dotyczą głównie wybranych grup, przede wszystkim IT, gdzie koszty pracy są najwyższe i rynek bardzo wrażliwy na wahania koniunktury.
Gościem programu „O tym się mówi” był prof. Bernard Ziębicki, rektor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.