Radio Kraków
  • A
  • A
  • A
share

Trzydzieści lat minęło ... czyli jubileusz Teatru Witkacego

W Roku Witkiewiczów ogłoszonym w Zakopanem w 100. rocznicę śmierci Stanisława Witkiewicza, twórcy m.in. stylu zakopiańskiego i 130. rocznicę urodzin jego syna Stanisława Ignacego jubileusz 30-lecia istnienia świętuje także Teatr im Stanisława Ignacego Witkiewicza.

Z wystawy "Witkacy - Teatr - 30 lat" w Miejskiej Galerii Sztuki przygotowanej przez Ewę Dyakowską-Berbeka - scenografke teatru . Foto. JDruzynska

30 lat temu grupka krakowskich aktorów pod wodzą absolwenta Wydziału Reżyserii krakowskiej PWST Andrzeja Dziuka wyruszyła do Zakopanego, by zrealizować swoją artystyczną wizję teatru.

24 lutego 1985 roku odbyło się inauguracyjne przedstawienie Teatru Witkacego w sali teatralnej Domu Zdrojowego dr. Chramca. Spektakl inspirowany tekstami Witkacego nosił tytuł - "Witkacy - Autoparodia". Nikt wtedy nie wróżył młodemu zespołowi dłuższego pobytu w stolicy Tatr. Od stu lat bowiem żaden zespół teatralny nie przetrwał w Zakopanem więcej niż kilka sezonów.

Tym razem jednak zamysł stworzenia stałej sceny się powiódł. Teatr zachwycił repertuarem, niebanalnymi iscenizacjami i wysokim poziomem aktorskim. Na scenie pojawiły się sztuki całej plejady najwybitniejszych twórców światowego dramatu m.in. Lope de Vegi, Calderona, Moliera, Szekspira, Geneta, Słowackiego, Micińskiego, także udane adaptacje teatralne powieści Dostojewskiego, Kafki, Bułhakowa, Cervantesa.
Przez trzydzieści lat trwania zakopiański Teatr Witkacego stał się jedną z najciekawszych i najważniejszych scen teatralnych w Polsce wciąż poszukującą i odkrywajacą nowe obszary artystycznej penetracji. Teatr i jego aktorzy wielokrotnie nagradzani byli na różnych  przeglądach i festiwalach teatralnych.  


Artyści Teatru Witkacego byli gośćmi Jolanty Drużyńskiej w kilku wydaniach Koła Kultury od 25 lutego do 8 sierpnia.
    

Jolanta Drużyńska: W roku jubileuszowym dla Teatru im. Witkiewicza nie może zabraknąć i jubileuszowej rozmowy z założycielem tego teatru, jego dyrektorem, reżyserem Andrzejem Dziukiem. Jubileusz to okazja do podsumowania tego, co w teatrze udało się zrobić przez te trzydzieści lat. Ale właściwie nie trzeba takiej specjalnej okazji, by powiedzieć, że temu teatrowi udało się dobrze zaistnieć w Zakopanem i nie tylko tu, czego dowodem jest nie tylko długość trwania tej teatralnej inicjatywy, ale także repertuar, który wyznacza ważne dla tego teatru kierunki, także świadczące o jego pozycji na teatralnej mapie Polski.

Andrzej Dziuk: Właściwie to nie do wiary, że istniejemy już 30 lat pomimo różnych burz, naporów i halnych, Ale właśnie trzeba niezwykłej wiary i takiej mocnej determinacji, żeby nie tylko trwać, bo rzecz nie polega na tym, żeby przetrwać, ale żeby być twórczym w tzw. dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. Na pytanie, jak się zmieniliśmy, jak się zmienił Teatr Witkacego, odpowiem tak. Zmienił się tak, jak ja się zmieniłem, tak jak się moi aktorzy zmienili, jak się zespół zmienił. I to trzeba by powiedzieć w takich kategoriach biologicznych, czyli kategoriach przemijania, bo postarzeliśmy lub, można powiedzieć ładniej, dojrzeliśmy. Nie ma więc wątpliwości, że w tym sensie przemijamy, ale też jest ten aspekt, który wydaje mi się interesujący, mianowicie psychiczno-duchowy czy również to, co się z nami stało w tym aspekcie. I kiedy pomyślę sobie o tym, że - nie na zasadzie rachunku sumienia, nie na zasadzie wspominania -  jeżeli przez te trzydzieści lat wzrastaliśmy ku, wzrastaliśmy do.... robię kropeczki, bo to do czego, lub ku czemu zmierzaliśmy, zmierzamy niech pozostanie tajemnicą. Ale jeśli przez te 30 lat nasza praca tu w Zakopanem polegała na wzrastaniu to tak,  to mogę powiedzieć o jakiejś wielkiej radości.

 

Ciągłe podnoszenie poprzeczki. A  przecież startowaliście, można powiedzieć, już z wysokiego "C", ostro, dynamicznie, o czym świadczą też pierwsze premiery. I te 30 lat trwania pokazuje, że da się utrzymać poziom i dynamikę pod warunkiem, że się jest wiernym sobie, wiernym tym ideałom młodzieńczym, które popchnęły Was do stworzenia w tym miejscu teatru. I ta młodość w sensie świeżości w Was pozostała.

Andrzej Dziuk: Tak. Bo młodość  nie jest kategoria wieku. To jest też stan ducha i jeżeli przez cały czas nam się chce burzyć pewnie stereotypy, jeżeli cały czas mamy takie poczucie, że ten nasz patron jest dla nas ważny, jest taką nieustającą inspiracją, ale przede wszystkim inspiracją jest drugi człowiek, jest ten czas, w którym dane nam jest żyć i o tyle się zmieniamy, o ile ten czas także się zmienia. Umieć słuchać i widzieć. To jest coś na kształt modlitwy, żeby nie stracić tego kontaktu ze światem, nie tracić oczywiście kontaktu z tym, co wewnętrzne, z tą głęboką potrzebą artykułowania siebie, szukając siebie, ale mieć także dobry nasłuch na to, co dookoła, co w duszy gra drugiego człowieka, co gra w świecie. Ale nie w takich kategoriach mody, trendu, co się dzisiaj nosi, co jest modne. Pani to pięknie określiła, bardzo trudno jest dziś być wiernym sobie. Przy czym "to sobie" to nie jest moje upodobanie . "To sobie"  bardzo głęboko lokuję, jako bliżej tajemnicy, którą trzeba zgłębiać niż jakieś oczywistości [...] Wyrażać siebie w tym dzisiejszym świecie to znaczy sięgać do źródeł, sięgać do istoty rzeczy, sięgać i szukać do bólu, szukać głęboko. Tematy, który poruszamy, te spektakle, które realizujemy, w tym jedna z ostatni premier Lope de Vega "Na niby naprawdę", to jest nie tylko kolejna wersja wielkiego teatru świata, wielkiej barokowej metafory, że jesteśmy aktorami a świat jest teatrem, życie jest sceną, że wszyscy gramy lepiej lub gorzej ale  to nie tylko jest o tym. To nie tylko jest ten meta-teatr. To jest przede wszystkim próba przywrócenia godności zawodu aktora. Jakby na własne życzenie aktor został pozbawiony pewnej aury, która moim zadniem mu się w sposób oczywisty należy, na którą sobie zapracował przez wieki. Pozycja aktora w dzisiejszym świecie została zdegradowana. Aktor stał się towarem na własne życzenie. Nie mówię tylko o serialach, sitcomach i o tym, jak wielu moich kolegów, oczywiście nie z Teatru Witkacego, traktuje ten zawód. Znam wypowiedzi wybitnych aktorów, którzy usprawiedliwiali to zaniżenie poziomu albo biedą, że muszą zarobić albo, że takie czasy. Otóż nie. Godność aktora, jako artysty jest czymś niezbywalnym. Dzisiaj biadolimy, że widzowie przychodzą tylko na farsy, że podobno takie są ich oczekiwania, że trzeba grać komedie, bo trzeba się pośmiać, bo życie jest takie ciężkie ble... ble... ble... Jedno obrzydliwe kłamstwo, które jest wmawiane ludziom. Moja publiczność, moja - jestem z niej niezwykle dumny, bez niej nie byłoby tego teatru, ten jubileusz jest sposobem, aby im za to podziękować, za tę także ich wierność i za to, że nam towarzyszyli na dobre i złe [...]. Otóż to reagowanie na świat poprzez takie spektakle jak mówienie o godności aktora i tego zawodu o randze teatru, który przemienia, który właśnie sprawia, że wzrastamy wspólnie ku..., że zmierzamy ku górze jakkolwiek będziemy te górę rozumieć metaforycznie, jak np  "Barabasz”, który dotyczy tematów, które dziś są kompletnie nieobecne  nie tylko w teatrze, filmie w ogóle w kulturze, to  zostało w sposób dla mnie niepojęty wyegzorcyzmowane. Ale teatr ma rozmawiać z Bogiem, teatr musi się wadzić z Bogiem pytać nie tylko o tzw. sens ludzkiego istnienia i bytowania tutaj na ziemi, ale musi mieć odwagę zadawać pytania niewygodne, ale fundamentalne dla konstytuowania człowieka, jako człowieka. Mówię o trudnych spektaklach kiedy pyta się  o to, czym jest wiara i czy dzisiaj możliwa jest wiara i na czym ta wiara ma polegać, czym jest łaska to w przypadku "Barabasza" ale te pytania padły przecież w jednym z pierwszych  naszych spektakli w  "Doktorze Faustusie" .  Podobny temat  pojawia sie potem w "Sonacie B." tylko, że figurą już nie jest doktor teologii, ale artysta i w tekście Witkacego pada to, że w dzisiejszym świecie właściwie tragedia jest niemożliwa. To znaczy wszystko się ześlizguje w jakąś albo groteskę albo quasi-komedię, tragifarsę bardziej. To piekło myszką trąci powie Istvan w „Sonacie B.” To ta tęsknota dzisiejszego artysty, żeby być pierwszym żeby być najlepszym, żeby skomponować taką sonatę, jaką by sam Belzebub, skomponował gdyby był kompozytorem [...] W każdym razie to są te tematy, które były już na samym początku. Pani mówi o tym młodzieńczym naszym buncie. Tak ale to być może intuicyjne przeczuwanie tego, co jest ważne. Bo nie da się tak jechać metrem i odkryć, co dziś jest ważne w świecie. To też nie jest tak, że o tym decydują fakty, wiadomości czy inne środki masowego rażenia tylko o tym decyduje także głębokie wsłuchanie się również w siebie i głębokie bycie w takiej koherencji, współistnieniu, współbyciu i z drugim człowiekiem i z Czasem.Czas jest ukrytym bohaterem teatru, najważniejszym bohaterem także naszego ludzkiego dramatu...[...]


Spośród wielu artystów, którzy przewinęli się przez zakopiańską scenę, do dziś w teatrze pozostała wierna grupka tych, którzy trzydzieści lat temu zaryzykowali i postanowili szukać artystycznego spełnienia pod Tatrami. Wśrod nich była m in. Dorota Ficoń.

- Ten teatr to jest takie miejsce - mówi aktorka -  w ktorym ludzie się spełniają w tym, co robią. I dla mnie to jest takie miejsce na spełnianie marzeń, bo bez tych marzeń nie można żyć...

Wśród "ryzykantów" znalazł się także Krzysztof Najbor, który przypomniał, że pomysł powstania takiego teatru zrodził się jeszcze podczas studiów w krakowskiej PWST.

- W szkole teatralnej w Krakowie w latach 1984-85 działało tajne kółko teatralne - zdradza aktor - pod dwowództwem Juli Wernio i Andrzeja Dziuka. Zrobilismy razem z nimi dwa przedstawienia w ramach takich naszych zajęć pozaszkolnych, tajnych. Także ta myśł o Zakopanem i próbie założenia tam teatru to nie była taka próba, która się wykluła tak od razu. To była długa mentalna praca. Dużo rozmów, przymierzania się do tego pomysłu: kto idzie w to szaleństwo a kto nie ...

Krzysztof Łakomik nie tylko "postawił" na zakopiańską trupę Andrzeja Dziuka, ale jak się miało w przyszłości okazać, udało mu się "wciągnąć " w teatralaną przygodę także i swojego syna Piotra.     

Aktor w rozmowie burzy jednak piękną legendę o tajnej grupie w krakowskiej PWST, przyszłych założycieli teatru w Zakopanem.  

- To nie była tejemna grupa  -  wyjaśniał w rozmowie -  tylko to było koło naukowe przy PWST. Chociaż grupa była o tyle tajemnicza, że po nocach  włamywalismy się, zdobywaliśmy klucze do sali prób w budynku przy ul Warszawskiej .

Wtedy to było zupełnie naturalne, pracowaliśmy razem i chcieliśmy to robić dalej i nikomu nie przychodziło do głowy, że kiedyś będziemy obchodzić trzydziestolecie tej wspólnej pracy.Chcielismy po prostu pracowac w takim gronie, w jakim robiliśmy to w szkole...

- Zawsze staramy się tak podchodzić - wyjaśnia rodzinną sytuację w teatrze syn Krzysztofa, Piotr Łakomik -  i myślę , że jak na razie to nam się udaje, żeby to, że jesteśmy rodziną, że jesteśmy jakoś tam blisko, nie miało absolutnie żadnego wpływu na naszą pracę. To, co jest naszym prywatnym życiem, zostawiamy za tymi drzwiami wejściowymi, a tu jesteśmy po prostu kolegami z pracy ...


Do  teatralnego klanu rodzinnego Łakomików dołączyła także żona Piotra, Emilia Nagórka, która nieoczekiwanie wyznała podczas rozmowy - Jestem tu dlatego, że Piotr pokazał mi to miejsce. Ale wybrałam to miejsce dla tego miejsca  a nie dla Piotra. Życie z Piotrem wybrałam dla Piotra  a praca to jest co innego. Gdyby Piotrek nie chciał tu być, to ja i tak chciałabym tu być...

Adrianna Jerzmanowska, Katarzyna Pietrzyk i Joanna Banasik nie dołączyły do zespołu równocześnie, ale dziś jednym głosem mówią: "marzymy o tym, aby troszkę więcej grać. My tutaj pokolenie średnie bardzo chciałbyśmy też coś zagrać, choć [przyznajemy],że miałyśmy też szansę wygrać się aktorsko ..." 

Teatr działał już dwanaście lat, zbierał pochwaly i nagrody na różnych festiwalch i, co najważniejsze, trwał na przekór niedowiarkom, którzy teatralnej inicjatywie zakopiańskiej nie wróżyli długiego żywota, kiedy do grona aktorskiego dołaczył Andrzej Bienias. Nie zastanawiał się zbyt długo, by dołączyć do zespołu

- Ta chwila trwała krócej niż chwilę - podkreślił w rozmowie -  Byłem oczarowany tymi ludźmi, których tu spotkałem, tym, że jest coś więcej ponad spektakl, że teatr nie ogranicza się tylko do sztuki wystawionej, że teatr zaczyna się - jak mówi zawsze Andrzej Dziuk - kiedy pierwszy widz wejdzie do teatru i kończy się, kiedy ostatni widz z niego wyjdzie. Teatr to jest całość. To też jest rozmowa po spektaklu, to jest wymiana energii. I to, co zawsze mówi się, że widz jest ważny to tutaj jest nie tylko w sferze słów, to się dzieje naprawdę... 

Jerzy Chruściński absolwent Wydziału Teorii, Kompozycji, Dyrygentury Akademii Muzycznej w Katowicach z Teatrem Witkacego związany jest od samego początku. Jest kierownikiem muzycznym i, co najważniejsze, twórcą muzyki do 68 spektakli. Choć komponował muzykę dla innych scen czy do filmu, to jednak pracę tu ceni sobie najbardziej.  W rozmowie podkreślał, że "w tym teatrze podejście do strony muzycznej od samego początku było trochę inne niż gdzie indziej. To znaczy muzyka nie była tylko elementem ilustracyjnym, mającym gdzieś tam tylko podbarwić sceny czy większe fragmenty sztuki, ale miała za zadanie oczywiście tworzyć nastrój, atmosferę, ale oprócz tego musiała mieć do spełnienia jeszcze  jakąś istotną funkcję...".

- Istota teatru polega na tym, żeby wyjść z domu i iść do teatru - mówił kończąc jubileuszową rozmowę Andrzej Dziuk.- Wyjść z domu, czyli zostawić to, co znam, wiem, pewne poczucie bezpieczeństwa . Iść do teatru, czyli iść do miejsca nieznanego. Muszę zaryzykować po to, aby w tym teatrze, w tym innym miejscu nastąpiła - jak mówił Ortega y Gasset - przemiana. Przemiana mnie i przemiana twoja, drogi widzu. Wtedy teatr ma sens...".

 

Jolanta Drużyńska

Autor:
Jolanta Drużyńska

Wyślij opinię na temat artykułu

Najnowsze

Kontakt

Sekretariat Zarządu

12 630 61 01

Wyślij wiadomość

Dodaj pliki

Wyślij opinię