Radio Kraków
  • A
  • A
  • A
share

"Miasto to nie architektoniczna zabawa" – mówi architekt Romuald Loegler

Czym dziś jest architektura, dlaczego zapominamy o urbanistyce i jak powinny wyglądać współczesne przestrzenie do życia? O tym Jolanta Drużyńska rozmawiała z Romualdem Loeglerem, jednym z najbardziej rozpoznawalnych krakowskich architektów, w Kole kultury 30 marca.

Filharmonia Łódzka. Fot. Mat.pras. Galerii GAGA

Jolanta Drużyńska: Retrospektywna wystawa prac Romualda Loeglera, jednego z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych polskich architektów, prezentowana w Galerii Architektury GAGA w Małopolskim Ogrodzie Sztuki a także jubileusz 75. a już niedługo kolejny, 50.pracy twórczej są doskonałym pretekstem by porozmawiać o jego architekturze. W „Synopsisie”, monografii projektanta, jej autorka – krakowska architektka Krystyna Styrna - Bartkowicz pisała „R. Loegler uosabia dążenia i ambicje pokolenia, które wierzyło wbrew wszystkiemu i wszystkim, że potrafi zmienić może nie cały świat, ale naszą polską rzeczywistość”. Dodam, że mowa tutaj o pokoleniu tych architektów, którzy studiowali na polskich uczelniach architektonicznych w latach 60. Wtedy wydawało Wam się, że zmienicie świat, a że było już po odwilży październikowej 1956 roku, więc myślę, że te Wasze marzenia były uprawnione
 

Romuald Loegler: W jakimś sensie utożsamiałem się z ogólnym nurtem pragnień ludzi, którzy studiując w tym okresie, mieli takie nadzieje na wolność myśli i szansę na dostęp do świata. Taką szansą, już po wejściu w życie zawodowe, był po 1970 roku okres gierkowski, który miał „otworzyć” Polskę na Zachód nie tylko inwestycjami w kraju ale także możliwością międzynarodowej współpracy. Dążeniem wielu architektów było skorzystanie z tej szansy i wreszcie znalezienie się w aktualnym nurcie europejskich działań. Takich, jakie były udziałem pokolenia przedwojennych architektów, którzy tworzyli modernizm zachodnioeuropejski na równi z ówczesnymi sławami jak Le Corbusier czy Mies van der Rohe, i wielu innych wielkich z tego okresu. I to pragnienie było żywe i w nas.

 

Zważywszy, że było już po tym okresie siermiężnego socjalizmu Gomułki, tych ciemnych kuchni, tego zmniejszonego metrażu i takiej nijakiej architektury. Lata 70. - okres gierkowskiej prosperity, otwarcia się Polski na świat dla Pana oznaczał też wyjazd z kraju w 1973 roku.

Wydaje się, że to było w pewnym sensie możliwe dzięki hasłu Zbudujemy drugą Polskę które dawało szansę ze to otwarcie, możliwość kontaktów urzeczywistni się już na stałe. I mimo, że nie urzeczywistniło się to marzenie do mnie udało się wyjechać na praktykę prof. Karla Schwanzera, jednego ówczesnych filarów architektury austriackiej. To było spełnienie marzeń. Pobyt bardzo owocny, jeśli chodzi o doświadczenia zawodowe i kontakt ze światowymi trendami w projektowaniu znacznie wyprzedzającymi polską architekturę w tym czasie, gdzie wspominane przez Panią ciemne kuchnie i małe metraże jeszcze były uzupełnione jedną łazienką na piętrze. To była katastrofa jeśli chodzi o standard, o jakość życia w tej przestrzeni. Kolejka z ręcznikiem na szyi przed wspólnym wucetem na każdym piętrze w korytarzu, nie napawała optymizmem.

 

Poczuł Pan tę wolność architektoniczną, takiego projektowania bez ograniczeń, bez tej czapy politycznej, która była tutaj. Dotyczyła ona także sztuki w tym i architektury.

Tak. Ten kontakt otworzył mi możliwość spojrzenia na architekturę jako rzeczywiście dziedzinę sztuki. Bo oprócz całej pragmatycznej strony tego zawodu, to właśnie tam w pracowni profesora Schwanzera miałem okazję zobaczyć jak wiele uwagi przykłada się do tego, co czyni architekturę sztuką, na ten artyzm traktowany jako rzecz nie dodana do budynku, tylko jako rzecz niezbędna w obiekcie,wręcz priorytetowa. To ona później oddziałując m in. poprzez język form, koloru, barwy, materiału, struktury kształtuje nasze zachowania. Tego się u nas nie uczyło a technologia wielkie płyty, fabryki domów zabijały w ogóle jakąkolwiek twórczość. Budynków projektowanych na indywidualne zamówienie było tak niewiele, że w zasadzie dostępność do takich tematów dla młodego pokolenia architektów była niewielka. Mało powstawało także obiektów publicznych wznoszonych z tzw. portfela publicznego, które byłyby mówiąc dzisiejszym językiem, ikoną tamtej architektury.

 

Można było rozwinąć swoje architektoniczne skrzydła w przypadku budownictwa sakralnego. Wprawdzie władza w latach 70. niechętnie zgadzała się na to, żeby kościoły w Polsce były budowane, ale swoboda w ich projektowaniu była większa

Chyba nawet był przerost tej swobody, który ujawnił się, do dzisiaj chyba niezweryfikowaną ostatecznie, liczbą zbudowanych kościołów. Gościłem w Polsce jednego z niemieckich historyków sztuki, który pisał książkę o architekturze sakralnej Europy Środkowej i Wschodniej. On był przerażony stanem naszej architektury sakralnej. Do swojej publikacji z tej ilości dwóch lub pięciu tysięcy kościołów, które powstały, bo sporo było budowanych bez pozwolenia wybrał zaledwie cztery przykłady obiektów sakralnych. Znalazł się wśród nich kościół, który współprojektowałem. Jakością i duchem architektury, który emanował z tych budowli, byliśmy blisko nurtu zachodnioeuropejskiego, ale w niewielkiej ilości przykładów. Co było w tym zatrważające, że fantazja autorów pobudzana przez (może nieświadomego) inwestora powodowała erupcję w większości przypadków kiczowatych form. To niestety „zaśmieciło” nasz krajobraz kulturowy na wiele lat.

 

Wspomniany przez Pana obiekt sakralny który jako z czterech znalazł uznanie w opinii niemieckiego historyka sztuki, to kościół św. Jadwigi z Łobzowa w Krakowie współprojektowany z Jackiem Czekajem.

Tak, zaprojektowaliśmy ten kościół wspólnie z moim nie żyjącym już partnerem zawodowym Jackiem Czekajem. Drugi opublikowany kościół w tym albumie to był obiekt także krakowski nowohucka Arka Pana [zaprojektowany przez arch. Władysława Pietrzyka – przyp. JD] oraz dwa autorstwa profesora Józefa Gawłowskiego w Rudach – Rysiu [współautor Teresa Lisowska-Gawłowska – przyp. JD] i na Olczy w Zakopanem [Sanktuarium MB Objawiającej Cudowny Medalik; współautor Teresa Lisowska-Gawłowska - przyp. JD]. Ważna książka, warto się zapoznać z nią.

 

Wrócę jeszcze do Pana pobytu w Wiedniu. Poza możliwością swobodnego projektowania i poczucia tego, że rzeczywiście architektura jest sztuką, to również zrozumienie jak ważne jest współgranie obiektu, który architekt projektuje, z otoczeniem, z przestrzenią, w której obiekt jest posadowiony. Mam na myśli przestrzeń miasta a także to, że ci którzy w tym mieście mieszkają też są ważni i mogą zwrócić uwagę szczegółów.

W tym właśnie nurcie mogłem doświadczyć również społecznej partycypacji. Nie tyle zawodowej odpowiedzialności za architekturę kontekstu, która wpisuje się w sposób współczesny w dane miejsce, ale także która szanuje obecność, wspaniałość tego co już istnieje. Jest nawet taka książka, która dotyczy mojej twórczości, w której zaznaczam, że wspaniałość tego co istnieje, powinna być zawsze priorytetem przed rozstrzyganiem nowych idei, koncepcji. A wracając do tej partycypacji społecznej, to miałem możliwość uczestniczenia w takim projekcie, w którym wycinka drzew stała się podstawą do ogłoszenia referendum wśród mieszkańców Wiednia. I mieszkańcy powiedzieli „nie” architekturze, która była potrzebna ale która ingerowała w zieleń. Nie wymieniam tytułu projektu, bo nie jest on ważny tylko to, że społeczność zaangażowała się w projekt i architekt musiał się dostosować do tego głosu społecznego, podobnie jak inwestor musiał wziąć pod uwagę głos mieszkańców wyrażony w sposób jednoznaczny: Bäume mord – nein!, czyli: Morderstwo drzew – nie! Żaden obiekt nie usprawiedliwiał niszczenia tego, co było naturalnym krajobrazem, identyfikacją miejsca, ogrodem botanicznym, w którym ktoś, za wszelką cenę chciał postawić budynki, notabene dla Instytutu Biologii, a więc dla uniwersyteckiej inwestycji. Ale głos ludzi przeważył, inwestycji dało się przeprowadzić. Trzeba było znaleźć inną lokalizację.

 

Tam głos lokalnej społeczności zaważył na podejmowanej decyzji, u nas, by wrócić do architektury lat 70. czy 80. żaden głos ludzi nie był brany pod uwagę

Chyba, że był to pierwszy sekretarz partii. (śmiech)

 

Można było więc dowolnie, „karczować” przestrzeń pod budowanie różnego rodzaju obiektów czy też osiedli. Trochę Pan „maczał palce” w tym budownictwie osiedlowym, mam na myśli nowohuckie osiedle Na Skarpie.

Tak. To trochę późniejszy okres, kiedy tzw. humanizacja architektury stała się nadrzędnym hasłem rządzącej podówczas elity politycznej, kiedy zdewaluowała się całkowicie wielka płyta i wielki blok jako systemy konstrukcyjne, które nie dawały w ogóle miejsca na jakikolwiek indywidualizm. Trudno było wpisać się w kontekst otoczenia prefabrykatem, który w katalogach zapisany był cyframi. To były jednakowe elementy, które można było stosować wszędzie w całej Polsce stosować, więc nie było mowy o nawiązaniu do miejsca, do jego wartości historycznej czy kulturowej. Nawet wioski były nimi niszczone. A osiedle Na Skarpie powstawało wtedy, kiedy nawet słowo „osiedle” wychodziło z użycia. Wracaliśmy do miasta jako takiego, taki spóźniony wpływ postmodernizmu „królującego” w Ameryce i w Europie Zachodniej. I wtedy trzeba było nawiązać formuły, którą również narzucał polityczny dyktat:” Róbmy architekturę dla ludzi”. Stąd pojawiły się na tych budynkach takie prześmieszne, historyzujące formy, jakieś daszki, naczółki [wg słownika arch.: naczółek (fronton) – najbardziej dekoracyjny element okna tzw. gzyms nadokienny – przyp. JD] Uważano, że tym sposobem można zhumanizować architekturę mimo tego, że dalej była on konstruowana z wielkiego bloku, czyli jak gdyby parametry techniczne tego budynku były określone przez ten sam element, który kiedyś był wielką płytą albo wielkim blokiem standardowo wykończonym. Teraz miało być troszkę inaczej ale przy tym wszystkim zabrakło farb bowiem wprowadzane kolory, nawiązujące także do nurtu postmodernistycznej architektury, miało być także elementem humanizującym estetykę budynku. Okazało się jednak, że możemy wykorzystać tylko białą farbę elewacyjną, a barwniki były już zwykłymi farbami plakatowymi, które po deszczu, czy na skutek nasłonecznienia szybko znikały, bo nie były przystosowane do takich zewnętrznych warunków.

 

To było zderzenie twórczości z twardą rzeczywistością, z czym architekci się niestety musieli borykać. Cóż z tego, że powstawały całkiem udane projekty skoro wykonawstwo było złe, bo przecież nie możemy powiedzieć, że architektura proponowana przez polskich architektów w czasach PRL-u, była koszmarną i złą architekturą, mamy również przykłady znakomitej architektury z tamtego czasu w wielu miastach Polski i w Krakowie również. Ale wykonawstwo rzeczywiście było koszmarne i tego się nie dało przeskoczyć.

Tak, bo niektóre standardy są uzależnione od jakości materiał. Osiedle Na Skarpie jako urbanistyczny zespół wpisuje się w przestrzeń Placu Centralnego, dopisuje się do tej pierwotnej myśli Tadeusza Ptaszyckiego i jego pracowni, projektantów Nowej Huty. Ale w tej wizualnej, materialnej postaci, on się zdewaluował i teraz przewidziana jest jego renowacja. Ale i tak wtedy, kiedy powstawał stanowił wyłom jeśli chodzi o koncepcję urbanistycznego kształtowania zespołu mieszkaniowego i proponował zupełnie inne rozwiązania niż ustawiane równo, pod wymogi pracy dźwigu, budynki z wielkiej płyty uzależnione nie od uwarunkowań terenowych czy tychże komunikacyjnych, ale wymogów technologicznych

 

Profesor Jacek Purchla podsumował ten Pana nowohucki postmodernizm jako rodzaj pewnego żartu.

On, muszę powiedzieć, został narzucony. Ówczesny architekt miasta, może nie będę wymieniał jego nazwiska – to był wojewódzki architekt, powiedział: Musisz zmienić rozwiązania, bo my teraz jesteśmy w nurcie, który partia - matka nasza głosi. Humanizujemy architekturę, więc postmodernizm jako obowiązująca stylizacja wchodzi i nie możesz się sprzeciwić temu. W związku z tym, że to on miał pieczątkę i przybijał pozwolenia na budowę, trzeba było ulec.

 

Epizod, żart i drwina – tak pisał o tym projekcie postmodernistycznym Pana w Nowej Hucie Jacek Purchla. Ale zatrzymajmy się przy projektach w Krakowie, które są takimi kamieniami milowymi w Pana twórczości. Myślę tutaj o obiektach użyteczności publicznej, bo trudno przywołać w naszej rozmowie te dziesiątki projektów dla odbiorców indywidualnych więc porozmawiajmy o tych, z których korzystać mogą wszyscy. Zaczęło się od przebudowy budynku PWST przy ul. Straszewskiego, a potem był nowy gmach Biblioteki Jagiellońskiej, rozbudowa Akademii Ekonomicznej [dziś UE – przyp. JD], gmach Opery Krakowskiej, wspomniany wcześniej kościół św. Jadwigi z Łobzowa. To ciekawy projekt, bo kościół wykonany został z betonu, to niesamowita budowla. Wreszcie projekt Domu Pogrzebowego w Batowicach.

 Jest jeszcze nowy budynek Akademii Rolniczej [ obecnie UR – przyp. JD] który też jest przykładem bardzo ważnego obiektu publicznego. A jeśli chodzi o betonową architekturę kościoła św Jadwigi z Łobzowa to przytoczę taka anegdotę Otóż przeor zakonu z klasztoru La Tourette we Francji pojawił się w Krakowie i poprosił mnie przez telefon o spotkanie, mówiąc, że „tu jakiś Corbusier coś wybudował”. On stanął przed tym kościołem i miał takie wrażenie, że to jest architektura, w której on żył, bowiem klasztor La Tourette zaprojektował właśnie Le Corbusier. Potem zaprosił mnie do La Tourette i miałem okazję nocować w celi jednego z zakonników, którzy opuścili klasztor. Miałem okazję poczuć atmosferę klasztoru i w dzień, i w nocy, i w jadalni, refektarzu. Także podczas nabożeństwa nabożeństwie, które było niesamowitym doświadczeniem jeśli chodzi o zrozumienie roli światła w kościele, które stwarza ten mistyczny, nastrojowy klimat wynoszący człowieka do granic tej sakralności. Według mnie ona jednak nie istnieje w murach, tylko w ludziach, którzy się w tych murach gromadzą. I wtedy to światło jest bardziej istotne niż same kształty murów. Takie zjawisko jest właśnie u Corbusiera. On to zauważył i jak widział w jaki sposób światło w kościele św. Jadwigi zostało zaprojektowane to mówił: To jest właśnie ten sam nurt myślenia o tym, czym światło jest w architekturze. Jest tworzywem tak samo jak beton, cegła, kamień, czy drewno. Jest po prostu materiałem, z którego tworzy się również architektoniczny obraz wewnętrznego świata budynku.

 

Biblioteka Jagiellońska, wnętrze. Fot  W. Krynski/ Galeria GAGA

 

Pan przywołuje tu nie po raz pierwszy Le Corbusiera. To taki Pana guru architektoniczny?

W wielu przypadkach inspirowałem się architekturą Le Corbusiera. Drugim architektem który inspirował mnie w podobnym nurcie, to Luigi Snozzi, we wczesnej swojej twórczości Można to zauważyć na szkicach do wspomnianej kaplicy pogrzebowej na cmentarzu w Batowicach. Tam są nawet cytaty z jego wypowiedzi podpisane pod rysunkami, ponieważ wydawało mi się, że istotą tego projektu było wgłębienie się w tajemniczość architektury, która w tym szczególnym budynku powinna być przesłaniem budującym jakiś specjalny nastrój, wtedy kiedy się żegnamy z kimś bliskim, kiedy próbujemy zrozumieć sens naszego bytu i kiedy sobie uświadamiamy, że jesteśmy na tej samej ścieżce na której kiedyś będziemy odprowadzani. I to było bardzo ważne, takie naprawdę głębokie przeżycie emocjonalne zanim zacząłem rysować już konkretny projekt. Wydawało mi się, że właśnie to jest moment, w którym architektura ma wywołać poczucie sacrum w ludziach uczestniczących w ceremonii, przejście z jednego życia w drugie jak inni wierzą. To jest clou tego obiektu.

 

Chciałabym dopytać jeszcze o innych mistrzów sztuki architektonicznej.

Przesiąknąłem sztuką, a właściwie architekturą Finlandii, w szczególności autorstwa Alvara Aalto i Reima Pietilä. Byłem dwukrotnie stypendystą rządu fińskiego, w związku z tym miałem szansę zwiedzać wiele obiektów, które wyszły spod ręki tych dwóch, naprawdę światowej klasy, wybitnych architektów, wybitnych humanistów, bo oni tworzyli naprawdę architekturę dla ludzi. Takim świetnym przykładem architektury Reima Pietilä, jest klub studencki, gdzie z olbrzymich głazów kamiennych połączonych ze szkłem i z betonem tworzy się romantyczny klimat obiektu do wypoczynku, do rozrywki, do takiej swobodnej dyskusji studentów na tematy naukowe, ale też tym, co oferuje młodym ludziom życie. I to świetnie się udało. To pejzaż pewnego otwartego krajobrazu choć pod dachem, ale czuło się to przenikanie z naturą, tą symbiozę wnętrza- zewnętrza która nastąpiła, spełniając jeden z najważniejszych postulatów architektury, jakim jest właśnie powiązanie tych dwóch światów.

 

A to też takie modernistyczne.

Tak, tak, był kontynuatorem Alvaro Aalto, którego obiekty miałem okazję tam oglądać łącznie z tym w Helsinkach tzw. dom kultury [Finlandia Talo - przyp. JD] który jest monumentalną budowlą pokazywaną na całym świecie. Na jego obiektach uczą się właściwie studenci z całego świata. I on był inspiracją dla mnie w wielu monumentalnych budynkach, które udało mi się zaprojektować. To są także moi mistrzowie, którym chciałbym dorównać, ale już pewno nie zdążę.

 

To jeszcze nie czas na zamykanie swojej twórczości ponieważ jest Pan architektem, który tworzy nieustająco. Przypomnieliśmy projekty obiektów użyteczności publicznej w Krakowie, ale przecież budynki Loeglera stoją nie tylko tutaj. Łodzi moglibyśmy pozazdrościć Pana Filharmonii bo w Krakowie nadal czekamy na nowy jej budynek. Obiekty zaprojektowane przez Pana są w całej Polsce.

Tak, w wielu miastach. A ostatnio udało się na Śląsku wznieść Mediatekę i halę sportową. Wspomniała Pani o filharmonii a to jest jeden z takich przykładów, gdzie architektura potrafi stworzyć nową jakość w przestrzeni miasta, dość jeszcze zaniedbanej mimo tego, że leżącej w centrum miasta. Ten obiekt stał się to poniekąd symbolem nowej Łodzi. Opublikowanie go w Światowym Atlasie Architektury, jako jednego z tysiąca najlepszych zrealizowanych budynków na świecie wydaje mi się, że powinno być podstawą do dumy mieszkańców tego miasta, które potrzebuje takich ikon wyróżniających go na mapie Polski jako miejsce ważne kulturowo, ważny ośrodek życia miejskiego w tym szerokim aspekcie tego życia - od gospodarki po kulturę. Kiedyś mówiło się, że muzycy filharmonii łódzkiej należą, tuż po warszawskich filharmonikach, do najlepszych w Polsce. I pewno tak jest. Ale bez tej siedziby nie mogliby uprawiać swojego zawodu i tworzyć tej sztuki. Stary obiekt, który był domem koncertowym, tandetnie zbudowany po prostu „rozleciał się” a ten nowy dał im zupełnie inne możliwości. To jest pierwsza sala koncertowa filharmoniczna w Polsce, która ma np. dwa instrumenty organowe w jednej sali - i barokowe, i klasyczne. To jest w ogóle niespotykane połączenie. Teraz jest możliwość koncertowania i odtwarzania muzyki w tych dwóch jakby rodzajach. Dzięki tej architekturze zwiększyło się bogactwo życia artystycznego i satysfakcji dla muzyków,

 

Nie mogę opowiedzieć jak wygląda wnętrze Filharmonii Łódzkiej, ponieważ niestety jej nie widziałam od środka.

Kontrowersyjnie. Ściany są z granitu.

 

Filharmonia Łódzka. Fot. Mat.pras. Galerii GAGA

 

Zewnętrznie, bryła budynku to połączenie klasyki ze współczesnością. Nawiązanie do tego typu architektury, która wyróżniała Łódź spośród innych miast, ale jednocześnie w absolutnie nowoczesnym XXI-wiecznym stylu. Najlepiej go zobaczyć samemu na szczęście jest dość często prezentowany. W latach 80. sformułował Pan takie hasło – credo Miasto to nie architektoniczna zabawa. To bardzo ważne stwierdzenie, nakładające duży ciężar odpowiedzialności na barkach architekta.

Tak, aktualność tego stwierdzenia jest w zasadzie ciągła. Ono nie traci na znaczeniu, jeśli ma się na uwadze, że architektura tworząc strukturę miejską, place, ulice, przestrzenie parków musi być rozumiana jako odpowiedzialne działanie, ponieważ, zgodnie z moim przekonaniem, ale też i z tezą, którą bardzo często wygłasza profesor Jan Gehl z Kopenhagi [ architekt i urbanista – przy. JD] – najpierw my tworzymy architekturę, a potem ona kształtuje nas. I dlatego właśnie nie możemy bawić się architekturą i miastem, ponieważ kształtujemy sposoby zachowań naszego pokolenia i przyszłych. Nie możemy sobie pozwolić sobie na „zabawę”. Architektura ma służyć ludziom, a nie być pomnikiem tylko i wyłącznie architekta. Takiego rozumienia architektury nie jestem w stanie zaakceptować i w jakiś sposób propagować, bo uważam, że to byłoby ze szkodą właśnie dla tego, co się nazywa rozwojem i ciągłością kultury, przestrzeni w miastach, które zostawiły nam poprzednie pokolenia. One były budowane właśnie z myślą o człowieku, i jego życiu. Korzystając z tej architektury minionych lat, od średniowiecza począwszy, a czasami jeszcze i od starożytności, czujemy, że ten człowiek dobrze się w tym czuje. On wie co ze sobą zrobić, doznaje wzruszeń i wrażeń z kontaktu z przestrzenią To jest właśnie najistotniejsze, żeby stan emocjonalny i fizyczny miały możliwość rozwijania się w środowisku zbudowanym w taki sposób, aby ono nie dewastowało psychiki i zdrowia fizycznego. Wręcz przeciwnie, aby pomagało jak najlepiej, jak najradośniej przeżyć to, co jest nam dane.

 

To co Pan mówi wydaje się oczywiste.

Najtrudniej jest zrozumieć rzeczy oczywiste. Był taki okres i jeszcze gdzieś tam pojawia się w architekturze światowej, gdzie najważniejsze jest skrzywić budynek, postawić go skośnie, wykręcić mu fasadę, niezależnie od tego co on czyni sobą [ swoim wyglądem] w przestrzeni publicznej. Taka niby architektura ikoniczna, która pokazała ja tu jestem. Gdy jednak popatrzy się na twórczość wspomnianego tutaj Alvara Aalto, to w jego budynkach melodia, którą gra wnętrzami, detalem na elewacji składa się ciągle z tych samych składników. On je tylko, za każdym razem zestawia w innych konstelacjach. Poręcz, uchwyt do tej poręczy, linia kształtu schodów bardzo często powtarzają się dlatego, gdyż on uważa, że stylizacja, która osiągnęła jakąś perfekcję estetyczną, może być stosowana powszechnie w jego budynkach. I to samo powinniśmy robić z miastem. Miasto powinno się dopisywać jakością do istniejącej struktury. Wspaniałość budowli tego co istnieje uwidoczniona w książce „Miasto to nie architektoniczna zabawa”, która podsumowuje poniekąd moją działalność w tym zawodzie, została jeszcze uzupełniona kilkoma innymi stwierdzeniami. Np. architektura kontekstualna. Ja ją rozumiem jako tworzenie jakości o tym samym poziomie estetycznym choć stylistycznie różnej. Próbuję to obrazować w ten sposób, że jeśli mamy dwie jakości, choć stylistycznie różne, ale są na tym samym poziomie jakościowym, to uzupełniają się świetnie. Piękna, współczesna, bardzo skromnie skrojona sukienka z barokową broszką wyglądają genialnie. Nie potrzeba mówić, że to jest stare, a to jest nowe, bo to widać, ale jakość estetyczna jednego i drugiego dobrze uzupełniają się, choć stylistycznie są różne. Gotycka i barokowa kamienica robi to samo. Tańczą ze sobą, choć są zupełnie odmienne w stylistyce, a stoją obok siebie. I mówimy wtedy, że jest wspaniale, jest ładnie, jest różnorodnie.

 

Jeśli jest wpasowane dobrze w tkankę miasta, to wśród budynków o architekturze właśnie barokowej czy średniowiecznej równie dobrze, wygląda budynek rodem z XX wieku, zbudowany ze szkła i stali. Tak jak np. w centrum Wiednia, gdzie niemal obok katedry św. Szczepana powstał wspaniały współczesny obiekt, w którym ta katedra odbija się jak w lustrze. I to razem współgra

Tzw. Haas-Haus zaprojektowany przez świetnego architekta Hansa Holleina. To właśnie dowodzi, że stylizacja jako taka nie jest wrogiem tego co istnieje. Istnieje jakość, która się uzupełnia i ten wskaźnik jakości, czyli ta przyjaźń obcowania z tym budynkiem determinuje, że oba budynki: katedra św. Szczepana i ten Haas-Haus, są wspaniałym opisaniem przestrzeni, w której poruszamy się.

 

Każda epoka dopisuje swój obiekt, rozwija to miasto. Nie przekreśla tego co było, tylko dopisuje. Ale żeby tak było, to architekt po części musi być również urbanistą. Pan bardzo dużą wagę przykłada do tego, żeby myśleć też w kategoriach urbanisty.

Tak, bo uważam, że jest to nierozłączne w zasadzie kreowanie przestrzeni budynku. Można oddzielić planistykę w dużej skali kraju czy nawet województwa, to są zupełnie odrębne skale działania. Natomiast tworzenie architektury w oderwaniu od urbanistyki, albo urbanistyki od architektury jest praktycznie niemożliwe, jest błędem warsztatowym i błędem politycznym władzy, która pozwala na taki rozdział i na takie tworzenie przestrzeni, które nie są generowane poprzez kreatywność jednego właściwie autora. To może trochę zabrzmi kontrowersyjnie w moich ustach, ale ten jeden autor jest odpowiedzialny za kształt miasta i mamy Paryż, który jest tego najlepszym przykładem. Ale też mamy inne miasta, chociażby Łódź, którą tutaj wspominaliśmy. Jedna wytyczona ulica, najdłuższa właściwie w Europie i jak się świetnie sprawdza jako założenie urbanistyczne. A ta decyzja była konsekwentnie realizowana w myśli jednego twórcy, który powiedział: tak zrobimy! Oczywiście argumentując dlaczego tak, miał w tym swoją wizję, ale przełamywanie tej wizji jest od razu kalectwem dla całej kompozycji przestrzeni miasta, a w związku z tym i dla tych budynków, które tam stoją przy tej ulicy, które ją tworzą. Nie nauczyliśmy się szanowania decyzji urbanistycznej jako pewnej zasady konsekwentnie obowiązującej przez długi okres realizacji. Waszyngton, który miał wyznaczone trzy osie barokowe i zrealizowane do dziś choć nie wszystkie działki się wypełniły, ale nikt nie zmienia tego układu urbanistycznego, nie przełamuje go, bo reguła, która jest, ma być obowiązująca. Władysław Tatarkiewicz powiedział, że sztuką jest wytwarzanie rzeczy wedle reguł. I mieliśmy tutaj taki kontrowersyjny przykład – konkursu na przebudowę Muzeum Narodowego w Krakowie, gdzie wygrała praca, zresztą bardzo dobrego architekta, który zdewastował całkowicie regułę istniejącą w tym budynku.

 

To dlaczego wygrała?

Właśnie, to jest pytanie – dlaczego? Bo świadomość tego, że musimy być za wszelką cenę oryginalni, że musimy coś zrobić żeby zaistnieć, jakąś bardzo taką kontrowersyjną decyzją, przeważyła u jurorów. Autorowi projektu wolno zrobić wszystko, natomiast jurorzy powinni mieć tą świadomość, że w tym budynku jest zapisana reguła, którą notabene stworzył jeszcze Adolf Szyszko-Bogusz, to były pierwsze szkice, którymi on zarysował kształt przyszłego Muzeum. I jeśli konserwator podtrzymuje zasadę, hol, wejście - nie do ruszenia. Przestrzeń tego fragmentu budynku ma być chroniona, ma być przekazana następnym pokoleniom, bo ona właściwie określa charakter tego obiektu i jego wnętrza. I nagle okazuje się, że te przestrzenie są zamienione na kawiarnie, na jakiś sklepik, a wchodzimy bocznymi schodami niszcząc całą strukturę przestrzenną budynku, czyli łamiąc regułę, w której ten budynek został stworzony.

 

Projekt przewiduje wejście bokiem, podobnie jak do takiej ostatnio sztandarowej budowli architektonicznej w Krakowie, czyli Centrum Kongresowego ICE. Tam też tak tajemniczo wchodzimy do budynku, nie od strony ronda a od drugiej strony

Powiedzmy, że to jest trochę zbliżone do tego. Tutaj wedle wyłonionej przez jury koncepcji niby wchodzimy tymi samymi drzwiami co teraz, ale idziemy na boki i musimy poszukać strzałki, która mówi: tędy, na lewo. W taki sposób znaczy się wejścia do sanitariatów, a nie do sal muzealnych, na wystawy, gdzie najistotniejsze jest wprowadzenie widza w przestrzeń ekspozycji. I to powinno być głównym zadaniem architekta. Tak wyeksponować wejście, żeby widz bez tej strzałki wiedział, gdzie ma iść. To są właśnie błędy, które popełnia czasami jury i taki projekt nie wiem czy ma szansę zaistnieć.

 

No to może jeszcze inwestor się zastanowi, w końcu to Muzeum Narodowe. Ale Pan jest z takiej dobrej, starej szkoły znakomitego krakowskiego architekta Zbigniewa Kupca. On właśnie dużą wagę przykładał do architektury i do urbanistyki. To połączenie w osobie jednego twórcy, jednego projektanta, jest szalenie ważne.

Dziękuję, że Pani wspomniała nazwisko profesora Kupca. Odpowiem na to pytanie w ten sposób. Oczywiście przesiąknąłem jego metodą w ogóle myślenia i pracy, i poczuciem odpowiedzialności za zawód. Będąc u niego asystentem na studiach, po zajęciach ze studentami V roku, których musiałem uczyć, a sam dopiero co obroniłem dyplom, profesor do mnie mówił: Panie Romku, idziemy na kawę. I szliśmy na kawę do Jamy Michalika i on mi opowiadał całą historię tworzenia, i jego udziału w tworzeniu Gdyni. Właśnie na tym przykładzie objaśniał to zagadnienie urbanistyki, budynków, których tam zrealizował dziesiątki, całe procesy, od rozstrzygnięć urbanistycznych, a skończywszy na tym jak się z wykonawcami targował, jak rozliczał koszty. To było taką lekcją zawodowego doświadczenia, które ja w pigułce dostałem, ale od mistrza. Wspomniałbym jeszcze drugą osobę profesora Witolda Korskiego. Otóż profesor Korski kiedyś mi powiedział, jak robił pierwszy taki tekst o naszej twórczości jeszcze z Jackiem Czekajem,: Pan jest klasykiem, bo Pan ma klasyczność czy kanony klasyczne, z tych, które dalej istnieją. Pan tylko stylizację, czyli powłokę, uwspółcześnia. Ale reguły, który rządzą budynkiem, są jak najbardziej klasyczne. W rytmach, podziałach, systemach budowania narracji w przestrzeni. Czyli to co jest istotą architektury, było cały czas zakorzenione w architekturze antyku.

 

To do tego klasyka dorzuciłabym znów zdanie profesora Purchli, który o Panu powiedział: Romantyk, wizjoner, klasyk architektury współczesnej. Wszystko się zgadza. Nie wspomnieliśmy nic o budynkach mieszkalnych, więc tylko przywołam ten, jeden z pierwszych i wyróżnionych w konkursie, budynek, który zrobił karierę i w różnego rodzaju pismach, i również w konkursach – budynek mieszkalny przy ul. Wrocławskiej. To bardzo dobra architektura,, polecam wszystkim przejść się na ul Wrocławską i go oglądnąć. Pan oprócz tych projektów realizacyjnych ma na swoim koncie mnóstwo projektów konkursowych, które nie zostały zrealizowane, mnóstwo projektów, takich wręcz wizjonerskich. I wśród tych projektów dotyczących Europy przyszłości znalazł się również, bardzo dla mnie intrygujący, wędrujący dom punktowy.

To było wydarzenie, które było bardzo wielkim dla mnie doświadczeniem zawodowym. Może wspomnę, że tłem do mojej wypowiedzi była twórczość, w tej samej lokalizacji, z takim samym określeniem zadania dla architektów, którzy absolutnie są w czołówce światowej : Norman Foster, Dominique Perrault, wspomniany Hans Hollein, czy Matteo Thun, który jest genialnym designerem i projektantem form przemysłowych, ale też i architektury wnętrz. Znalazłem się tam jako jeden z sześciu architektów, którzy mieli stworzyć zespół budynków punktowych, takich opartych o bardzo prostą zasadę urbanistycznej parcelacji. Doświadczenie to miało polegać na tym, że musieliśmy wymyśleć domy, w których wszystko jest od nowa zaprojektowane, nie istnieje nic na rynku budowlanym, na rynku ofert materiałowych, systemów technologicznych, systemów konstrukcyjnych, które by można było zastosować. Wszystko musiało być oryginalnie nowe, wymyślone, autoryzowane przez tych architektów. I ten dom wędrujący miał taką ideę, że w ciasnej strukturze zabudowy działki, musieliśmy zapewnić, przynajmniej w moim przekonaniu, możliwości dobrego nasłonecznienia części mieszkalnej, która w tym budynku również była. I budynek jak gdyby obracał się za tym słońcem, w tych kondygnacjach, które najbardziej tego potrzebowały, bo inne domy go przysłaniały. Stąd powstała, bardzo interesująca według mnie, forma. Notabene później zrealizowana przez słynnego Mario Botta w Szwecji jako budynek znacznie wyższy, ale dokładnie na tej samej zasadzie. Tyle tylko, że to było 15 lat później od naszego projektu. To pokazywało, że innowacyjność w myśleniu technologicznym może być również inspiracją do znalezienia nowej formuły estetycznej budynku, ale takiej, która nie jest narzuconym a priori gestem, tylko dlatego żeby coś zrobić śmiesznego, nowego. Tylko czymś, co jest jednocześnie użyteczne, ale znowu z punktu widzenia, który odbiera człowiek – użytkownik.

 

No i znowu klasyka. Architektura jest dla człowieka. Człowiek musi się odnaleźć i dobrze czuć w tej architekturze. Retrospektywna wystawa prezentowana w Galerii Architektury GAGA w Małopolskim Ogrodzie Sztuki nosiła tytuł Przestrzenie do życia. Takie samo hasło, tytuł, pojawi się na przyszłorocznym Biennale Architektury, którego współtwórcą jest również Romuald Loegler.

 

opr. Kinga Wiecha/jd

 

 

Autor:
Jolanta Drużyńska

Wyślij opinię na temat artykułu

Kontakt

Sekretariat Zarządu

12 630 61 01

Wyślij wiadomość

Dodaj pliki

Wyślij opinię