Panie dyrektorze, z raportu Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii wynika, że polska szkoła zabija myślenie i spontaniczność, że tak naprawdę promuje powierzchowne kształcenie. Jak pan przyjmuje wyniki tego raportu?
Oceny tego typu pojawiają się od wielu lat. Rzeczywiście mamy do czynienia z obniżaniem jakości kształcenia, co widać chociażby po wynikach egzaminów zewnętrznych czy matur. To się obserwuje również wśród studentów na pierwszych latach studiów, może nie tak wyraźnie na takich uczelniach jak Uniwersytet Jagielloński, gdzie studiuje najlepsza młodzież, ale mamy w tej chwili system edukacji z absolutnie obniżonymi wymaganiami – w Polsce można być promowanym, nawet w szkole średniej, z klasy do klasy z oceną niedostateczną decyzją rady pedagogicznej. To też pokazuje pewien sposób myślenia. W roku 2009, w ówczesnej ustawie o systemie oświaty, otworzono nauczycielom naprawdę ogromne możliwości kreatywnej pracy, dlatego że przeniesiono w sposób wyraźny kwestię odpowiedzialności za programy nauczania na szkoły, nauczycieli i dyrektorów, żeby decydowali się na programy autorskie, oczywiście wszystko w oparciu o krajowy standard, którym jest podstawa programowa. To nie wyszło. Nastąpiły zmiany. Związki zawodowe apelowały, żeby jednak czegoś takiego nie propagować, że to minister powinien ustalać jednolite programy dla całego kraju. Nowe podstawy programowe, które teraz obowiązują, rzeczywiście to pole możliwości dla autorskich działań nauczycieli wyraźnie zawężają.
Ale ten sam raport pokazuje, że Polska szkoła naucza treści zdezaktualizowanych. To jest chyba najprostsze do zmiany.
Nauczyciel, jeżeli ma wiedzę, zna swój przedmiot, ma pomysł na nauczanie, jest w stanie te wszystkie problemy, może nie zlikwidować, ale na pewno zminimalizować. Wszystko zależy od paru spraw. Wielu kwestii w polskiej edukacji nie podejmowano przez trzydzieści lat. Obywatele mają takie przekonanie, że w oświacie ciągle wszystko się zmienia, ale w istocie są takie kwestie, które się prawie nie zmieniają, ponieważ politycy się ich boją. To między innymi kwestia finansowania edukacji i to nie w tym sensie, że mamy za mało pieniędzy. Trzeba pozatykać rozmaite dziury w systemie, przez które pieniądze uciekają na zadania kompletnie niepotrzebne uczniom czy nauczycielom. Druga sprawa to kwestia nauczycielska, niezwykle drażliwa. W ostatnich latach z inicjatywy ministra Gowina doszło do próby zajęcia się nią w dwóch obszarach. Po pierwsze – przygotowana została nowa koncepcja kształcenia nauczycieli. Ona bardzo wyraźnie podnosi wymagania dla kandydatów chcących pracować w tym zawodzie – chociażby poprzez to że kształcenie nauczycieli edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej przyjmie formułę pięcioletnich jednolitych studiów magisterskich, które nie każda uczelnia będzie mogła prowadzić. Podobnie będzie z kształceniem nauczycieli przedmiotowych. Ministerstwo Edukacji w uzgodnieniu z ministrem nauki przygotowuje rozporządzenie dotyczące kwalifikacji wymaganych od nauczycieli, które bardzo wyraźnie podniesie te wymagania. I tu pojawia się trzeci element, który, niezależnie od obecnych protestów, musi zostać zrealizowany – kwestia zmiany systemu wynagrodzeń. Bez tego dwie pierwsze kwestie okażą się po prostu nierealne.
Zapytam pana jako fizyka – co pan sądzi o tym, że absolwentki nauczania początkowego, które przy okazji zdobywają wiedzę podyplomową z zakresu fizyki, nauczają tego przedmiotu?
To jest jedna z wad systemu, który chcemy zlikwidować. Wcale nie jest to takie proste, bo lamenty już się rozpoczęły. Ta sytuacja narastała przez lata i wiele osób zwracało uwagę, że mamy do czynienia z absurdami w systemie uzyskiwania kwalifikacji. Rzeczywiście – jeśli ktoś był magistrem dowolnej specjalności i ukończył trzysemestralne studia podyplomowe, mógł uczyć danego przedmiotu nawet w liceum. W przypadku fizyki tych dziwnych sytuacji nie było bardzo wiele, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że nauczyciele fizyki w pełnym tego słowa znaczeniu, absolwenci dobrego uniwersytetu, zaczynają w tej chwili być rzadkością. Fizyk, matematyk czy chemik ma możliwość zdecydowanie lepiej płatnej pracy. Wszystkie uwagi, które pojawiają się w raporcie, szczególnie dramatycznie odnoszą się do obszaru kształcenia w zakresie przedmiotów ścisłych – szczególnie matematyki.
Skoro trwają obecnie negocjacje między przedstawicielami rządu a centralami związkowymi, które dotyczą wynagrodzeń nauczycieli, to czy na stole negocjacyjnym nie powinno znaleźć się coś jeszcze? Owszem, mamy wyższe wynagrodzenie, ale zmieniamy coś, co łączy się z kształceniem nauczycieli. Co, panie doktorze?
To już zostało zrobione. Te projekty są już w fazie uzgodnień międzyresortowych. To są finalne prace. Natomiast jest problem zmiany systemu wynagrodzeń. Warto zwrócić uwagę, że niezależnie od poziomu żądań płacowych i tego, czy one są realne – ja uważam, że kwestia 1000 złotych w kwocie bazowej dla każdego nauczyciela jest absolutnie nierealna – taka sama podwyżka dla wszystkich jest czymś absurdalnym. Musimy mieć w systemie oświaty takie rozwiązania płacowe, które będą promowały najlepszych i dobrych nauczycieli. Nie mamy tego, polski system jest systemem absolutnie wyrównującym. Cała masa świetnych, znakomicie pracujących ludzi odchodzi ze szkoły, dlatego że ma poczucie niespełnienia. Pracują znakomicie, szereg rzeczy wykonują dodatkowo, a właściwie zarabiają tyle co ci, którzy po prostu przychodzą do pracy i lepiej lub gorzej realizują program, często w taki sposób, że uczniowie z trudem wytrzymują 45 minut nie zasypiając. Związki zawodowe nie są skłonne przyjąć system podwyżek uzależnionych od oceny pracy.
Czy absolwenci szkół średnich, którzy są przyszłymi nauczycielami to młodzi ludzie, którzy już przeszli selekcję negatywną?
Muszę powiedzieć, że na uniwersytetach klasycznych, tych największych, naszym czy Warszawskim, prowadzimy już od lat kształcenie nauczycieli w tak zwanym systemie równoległym. On polega na tym, że studenci studiują swoje dyscypliny i w pewnym momencie podejmują decyzję, że chcą uzyskać również uprawnienia nauczycielskie i realizują blok zajęć, które im je daje. Muszę powiedzieć, że ten system sprawdza się zdecydowanie lepiej niż ten, w którym studenci przychodząc na pierwszy rok byli dzieleni na tych, którzy studiowali na specjalności nauczycielskiej i pozostałych. Wtedy rzeczywiście było tak, że na tę specjalizację trafiali ci słabsi. Teraz mamy coraz lepszych studentów na wielu kierunkach, często o wielkim talencie nauczycielskim, ale często tej pracy nie podejmują z powodu warunków finansowych. Bywa też tak, że ją podejmują, ale rezygnują nawet nie dlatego, że mało zarabiają, ale dlatego, że mają poczucie, że nie mogą rozwijać swojej pasji przez ten zbiurokratyzowany, niezauważający dobrej pracy nauczyciela system. Musimy zawalczyć o dobrego nauczyciela.