Zapis rozmowy Mariusza Bartkowicza z wicepremierem, ministrem nauki i szkolnictwa wyższego, liderem Porozumienia, kandydatem Zjednoczonej Prawicy w wyborach do Sejmu, Jarosławem Gowinem.
Jak pan wspomina Marszałka Seniora Sejmu Kornela Morawieckiego? Były opozycjonista, twórca Solidarności Walczącej zmarł wczoraj po długiej chorobie.
- Ja nie byłem bliskim współpracownikiem marszałka, ale dla mojego pokolenia to legenda. Należał do tej grupy działaczy antykomunistycznych, którzy zawsze wykazywali się niezłomnością. Miał wielką uczciwość polityczną. To wielka strata. Składam wyrazy współczucia premierowi Morawieckiemu i całej jego rodzinie.
Rozpoczyna się kolejny rok akademicki. Kolejny rok z odchodzącą w przeszłość masowością kształcenia? Jak popatrzymy na dane GUS, w ciągu ostatnich 10 lat liczba studentów stale się zmniejsza. Od 1 900 000 w roku akademickim 2008/2009 do 1 200 000 w minionym roku akademickim.
- Tak. Masowość odchodzi w przeszłość z niżem demograficznym. Ona powinna odejść, bo jej skutkiem ubocznym było obniżenie jakości. Trzeba zróżnicować misję uczelni. Wkrótce zakończy pracę 15-osobowy zespół wybitnych, zagranicznych uczonych, którzy rozstrzygają konkurs na uczelnie badawcze. One będą elitarne. Potrzebujemy elitarnych uczelni, które elitarnie kształcą.
Ten trend już się zaczyna? UJ w tym roku zacznie pracę z 7500 maturzystów. Mógłby przyjąć o 1000 więcej. Jednak poprzeczka wymagań została mocno podniesiona.
- Poprzeczka na najlepszych uczelniach musi być podnoszona na wejściu i wyjściu. Wiele razy słyszałem od czołowych uczonych, że przyjmuje się każdego chętnego i każdy kto pojawia się na zajęciach dostaje zaliczenie. Nie może tak być. Cieszę się, że najlepsze uczelnie nie konkurują ilością studentów, ale jakością. To pokłosie zmian systemu finansowania. Dawniej liczyła się tylko liczba studentów. To rodziło pokusę zaniżania poziomu. Teraz liczy się jakość.
Dzisiaj ruszają szkoły doktorskie. To też ma być remedium na masowość kształcenia na wyższych poziomach?
- Jest raport NIK. On jest miażdżący dla oceny studiów doktoranckich w Polsce. Niewielki procent tych, którzy zaczynali studia doktoranckie, kończyli je obroną. Odeszliśmy od formuły wąskich studiów na rzecz rozwiązań interdyscyplinarnych. To element ustawy, który jest powszechnie uważany za trafiony. To jest połączone z przyzwoitymi stypendiami dla wszystkich doktorantów.
2000 złotych nieopodatkowanego stypendium na początek. Po 2 latach jest możliwość podwyżki do ponad 3000. Z tego doktorant się raczej nie utrzyma.
- Gdy planowaliśmy te rozwiązania, one były rynkowo znacznie korzystniejsze. Teraz jest wzrost poziomu wynagrodzeń. Urosną też minimalne wynagrodzenia. Ministerstwo w przyszłej kadencji powinno podnieść ten poziom.
Kiedy się uda poziom finansowania podnieść? Zna pan głosy krytyków pańskiej reformy, którzy mówią, że jej celem jest zmuszenie naukowców do konkurencyjności, poprawy międzynarodowej pozycji nauki, ale chce pan to osiągnąć bez dokładania wielkiej ilości pieniędzy.
- To jest i nie jest argument rzeczowy. Nie jest, bo w tegorocznym budżecie jest 5 miliardów więcej na naukę. To wielka kwota. Nigdy po 1989 roku porównywalnych pieniędzy nie było. Coś jest jednak na rzeczy. Ciągle finansowanie nauki jest poniżej połowy średniej w krajach OECD. O ile w przypadku oświaty finansowanie jest powyżej średniej, w szkolnictwie wyższym ciągle jest za mało pieniędzy. Ustawa daje jednak gwarancję systematycznego, corocznego wzrostu nakładów na szkolnictwo wyższe w stosunku do PKB.
Szkoły doktorskie to nie jest jedyna nowość w roku akademickim. Konsekwencją pana reformy są nowe statuty uczelni. W tym roku akademickim konieczne będzie przeprowadzenie wyborów do wieloosobowych organów uczelni. Nie będą mogły w nich zasiadać osoby, które do 31 lipca 1990 roku pracowały w organach bezpieczeństwa państwa. Dezubekizacja na uczelniach poważnie zmieni skład tych gremiów?
- Nie sądzę. Dezubekizację trzeba było przeprowadzić zaraz po 1989 roku.
To ma to jeszcze teraz sens?
- Ma. W latach 80. byłem studentem UJ. Nieakceptowalne jest dla mnie, żeby na czele polskich uczelni czy wydziałów stali ludzie, którzy pracowali w komunistycznej służbie bezpieczeństwa lub donosili na kolegów, pracowników akademickich i studentów. Te rozwiązania, o których pan wspomniał, nieco łagodniejsze pojawiły się w projekcie ustawy z 2006 i 2007 roku. Wtedy zostały oprotestowane. Tym razem udało się je wprowadzić przy prawie pełnej akceptacji środowiska akademickiego. Wynika to też z trybu prac nad ustawą. Był 3-letni, szeroki dialog. Środowisko akademickie uznało, że to pewien konsensus moralny.
Nie ma szczęścia NIK w ostatnich dniach. Dzisiaj pojawiła się informacja, że jedyna wiceprezes NIK Małgorzata Motylow, która obecnie kieruje Izbą na czas urlopu prezesa Mariana Banasia, nie ma dostępu do informacji ściśle tajnych. To może oznaczać utrudnienie działania Izby, bo nie będzie ona mogła się zapoznawać z wynikami kontroli dotyczących chociażby ochronności państwa czy służb specjalnych. Jak ten problem rozwiązać?
- Nie wiem, czy jest tak, jak donoszą media. Być może. Natomiast dostęp do informacji niejawnych można uzyskać w wymagającej, ale szybkiej procedurze. Ten problem szybko zniknie.
Te wątpliwości, które pojawiły się po publikacji Superwizjera wobec Mariana Banasia, uda się rozstrzygnąć na tyle, że będzie on mógł w sposób niezachwiany kierować NIK?
- Mam nadzieję. Marian Banaś miał nieposzlakowaną opinię w czasie PRL. Był bliskim współpracownikiem świętej pamięci marszałka Morawieckiego. Po 1989 roku ciągle był wybitnym urzędnikiem. Ta sprawa będzie wyjaśniania do bólu. Nie może być wątpliwości. NIK jest zbyt ważną instytucją, żeby były niedomówienia.
Plan zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS wciąż budzi dyskusje. Jak pisze Rzeczpospolita, dwie amerykańskie firmy z sektora usług biznesowych deklarują, że wstrzymają pięć swoich nowych projektów oraz możliwość stworzenia w Polsce 2500 dobrze płatnych miejsc pracy i przeniosą je do Rumunii. To jest przesądzone? Jakakolwiek zmiana w projekcie budżetu na 2020 rok, jeśli chodzi o tę kwestię, raczej nie wchodzi w grę?
- Jesteśmy przed wyborami. One wyłonią nowy Sejm, nowy rząd. Wtedy będą rozstrzygnięcia. Póki co, mamy projekt. Odłóżmy dyskusję na ten temat po 13 października.
Pamiętam, że sam pan takie zagrożenia dla przedsiębiorczości wcześniej diagnozował. Te informacje się pokrywają z pańskimi obawami.
- Nie jestem zaskoczony tymi informacjami. Od pana się o tym przypadku dowiaduję, ale takie zagrożenie jest. Wokół tej sprawy potrzebna jest spokojna dyskusja po wyborach.
Do końca ciszy wyborczej 10 dni, do wyborów 12 dni. Wczoraj pojawił się sondaż, który mógł niepokoić liderów Zjednoczonej Prawicy i PSL. Okazuje się, że wyborcy tych ugrupowań są najmniej zdeterminowani, żeby oddać głos. Najbardziej zdeterminowani są wyborcy Koalicji Obywatelskiej. Bardzo mocno zmotywowani są tez wyborcy Lewicy.
- Takie ryzyko demobilizacji istnieje. W odniesieniu do polityków i wyborców. Ja, wszyscy liderzy i kandydaci Zjednoczonej Prawicy każdego dnia przekonujemy mieszkańców Krakowa, Małopolski i kraju, żeby zaufać tym, którzy w ciągu 4 lat wprowadzili szereg zmian, które pchnęły Polskę do przodu.
Żeby zmobilizować, potrzeba być może dużego poziomu emocji. Spodziewa się pan, że na kilka dni przed ciszą wyborczą pojawi się coś, co politolodzy nazywają „game changerem”?
- Obawiam się, że taki czynnik zmieniający nastawianie opinii publicznej to musiałaby być jakaś afera. Bez znaczenia w kogo wymierzona. Nie wydaje mi się, żeby zbytnie zaostrzenie… I tak mamy za duże zaostrzenie temperatury sporu. To nie sprzyja Polsce.