Niestety tak. Internetowa bzdura ma dziś siłę ognia i to dosłownie. W Kongu wybuchła właśnie kolejna epidemia wirusa Ebola. Śmiertelność sięga aż 50%, więc sytuacja jest poważna. Co robią w tym czasie lokalni użytkownicy TikToka czy Platformy X? Zamiast rzetelnych ostrzeżeń serwują ludziom serię postów pod hasłem - Ebola nie istnieje, to wymysł władz.
Na europejskich i afrykańskich profilach natychmiast pojawili się internetowi znachorzy, którzy na pytanie jak chronić się przed Ebolą, odpowiadają z uśmiechem - kupujcie nasze witaminki i suplementy diety. Rewelacja. Przypomnijmy, że na ten konkretny szczep wirusa nie ma jeszcze ani celowanego leku, ani szczepionki. Pomóc może tylko specjalistyczne leczenie w szpitalu, a nie tabletka z witaminą C kupiona od influencera.
Brak zaufania do medycyny w tamtym regionie to nie jest nowość. Ma korzenie jeszcze w czasach kolonialnych. Jednak dziś oliwy do ognia dolewa sztuczna inteligencja i algorytmy mediów społecznościowych, które te plotki potęgują. Mało tego, ta afrykańska tragedia błyskawicznie stała się paliwem dla teorii spiskowych w Stanach Zjednoczonych. W sieci pojawiła się informacja, że naukowcy planują kontrolowane uwolnienie wirusa w USA. Po co? Żeby wpłynąć na wynik listopadowych wyborów do kongresu.
Z kolei w sąsiedniej Nigerii, gdzie eboli akurat teraz nie ma, tamtejszy sanepid musi w oficjalnych komunikatach błagać obywateli o spokój. Dlaczego? Bo internet znów ogłosił tam rzekomy wybuch eboli i wywołał masową panikę.