To perfidny fake i pułapka i to stara jak sam internet, która o dziwo przeżywa swoją kolejną młodość. Mechanizm jest prosty. Oszuści wiedzą, że słowo "faktura" działa na nas jak płachta na byka, a przed świętami tym mocniej.
Nikt nie lubi długów, więc klikamy z automatu. Uwaga, jeśli w mailu widzimy załącznik, który ma końcówkę .zip.7z albo odpukać .exe czy .js, to nie jest faktura. To jest koń trojański, a konkretnie coś, co nazywamy RAT-em. Nie chodzi tu o sympatycznego szczurka z kreskówki. RAT to Remote Access Trojan.
Wyobraźmy sobie, że klikamy w ten plik, a w tym samym momencie wirtualnie sadzamy złodzieja obok siebie przy biurku. On widzi to, co my. Może przeglądać nasze zdjęcia z wakacji, może czytać maile od szefa, a najgorsze - może patrzeć, jak wpisujemy hasło do banku. Taki gość w systemie może nam wyczyścić konto szybciej, niż zdążymy powiedzieć: "proszę o korektę faktury".
Dlaczego oni pakują to w pliki .zip? To jest świetna kryjówka. Programy antywirusowe czasami mają problem z prześwietleniem takiej paczki. Na pierwszy rzut oka dla nas wygląda niewinnie. Ot taki skompresowany dokument.
Co robimy? Przede wszystkim zimna krew. Jeśli nie kupowaliśmy nowej lodówki, ani nie zmienialiśmy operatora, to skąd ta faktura? Po drugie patrzymy na rozszerzenia. Prawdziwa faktura to niemal zawsze PDF. Jeśli widzimy tam .zip albo inne dziwne literki, palec z daleka od myszki.
Jeśli już taką wiadomość dostaniecie, nie kasujcie jej od razu. Zróbcie dobry uczynek dla innych i zgłoście to do ekspertów z CERT Polska na stronie incydent.cert.pl. Oni takie szczury łapią zawodowo.
Podsumowując, faktura w .zipie to nie jest błąd księgowej. To jest zaproszenie złodzieja na kawę. A my przecież gości nieproszonych nie lubimy.