Na początek spokojnie. Odłóżmy łopaty i przestańmy wykopywać paprotki w akcie protestu. Nikt nie zakazuje roślin. Bratki są bezpieczne, pelargonie też. Cała ta burza w szklance wody, raczej w doniczce, to klasyczny fejk.
Bruksela nie wzięła na celownik kwiatów, tylko czarne plastikowe wydmuszki, w których przynosimy je z marketu. One mają zostać uznane za opakowania jednorazowe. Jaki jest w tym cel? Mają zniknąć do 2030 roku. Chyba najwyższy czas, ale spójrzmy na fakty. Kupujesz kwiatka, przesadzasz go, a ten mały czarny plastik ląduje w koszu. Sekunda radości, a śmieć zostaje z nami na wieki.
Teraz jest ten moment, w którym przestaje być śmiesznie. Tygodniowo każdy z nas z wodą, jedzeniem, a nawet z powietrzem przyjmuje około 5 gramów plastiku. Wyobraźmy sobie, że co tydzień kładziemy na talerzyku swoją kartę płatniczą i zjadamy ją ze smakiem. Ten mikroplastik mamy już w krwiobiegu, w tkankach, nawet w sercach. To nie jest martwienie się o żółwia w oceanie, to jest walka o to, żebyśmy sami nie stali się plastikowi.
Czy będzie drożej? Tak. Nie ma co pudrować rzeczywistości. Ekologia na starcie zawsze kosztuje. Branża musi przejść na karton, bioplastik albo systemy kaucji.
Bruksela wyrzuca plastik, a nie rośliny. Wybór należy do nas. Albo papierowa doniczka, albo dieta bogata w polipropylen.