Czy rząd wymyśla sobie jakieś nowe, dziwne przepisy, żeby nam coś zablokować? Nie. To dostosowanie naszego prawa do unijnego rozporządzenia, a konkretnie do aktu o usługach cyfrowych, w skrócie DSA.
Unia Europejska stwierdziła, że nie może być tak, że platformy internetowe, takie jak Facebook, TikTok czy YouTube, robią co chcą i nie biorą żadnej odpowiedzialności za to, co użytkownicy wrzucają do sieci. Te platformy zarabiają gigantyczne pieniądze na reklamach, a jednocześnie są pełne fake newsów, dezinformacji, mowy nienawiści i hejtu. I tu wchodzi unijny akt o usługach cyfrowych, cały na biało.
To pierwsze takie rozporządzenie na świecie, które nakłada na te platformy konkretne obowiązki. Mają dbać o to, żeby było bezpiecznie, no i jest też szansa, że za niektóre treści w sieci ktoś wreszcie odpowie. A mówimy tu o rzeczach naprawdę grubych, takich jak handel ludźmi, pornografia z udziałem dzieci, nawoływanie do zabójstwa, groźby czy oszustwa na platformach sprzedażowych.
Projekt ustawy przewiduje, że różne organy państwowe, takie jak policja, prokuratura, a nawet straż graniczna będą mogły żądać usunięcia treści. Ale także my, zwykli obywatele, użytkownicy internetu. Na przykład jeśli padliśmy ofiarą phishingu, oszustwa na platformie sprzedażowej albo ktoś nas mocno hejtuje, możemy to zgłosić.Po tym zgłoszeniu ma zapaść decyzja, czy treści zostaną usunięte. Co ciekawe, autor posta dostanie informację i dwa dni na obronę.
Z drugiej strony faktycznie krytycy podnoszą, że nie ma odwołania administracyjnego, tylko droga sądowa i to może budzić obawy. Po pierwszych wersjach ustawy podnosiły się także głosy, że grozi to cenzurą i że polski rząd będzie mógł blokować treści, które są dla niego niewygodne. Pamiętajmy jednak, że lista treści jest zamknięta i dotyczy bardzo konkretnych przypadków.