Nauczyliśmy się już ignorować SMS-y od kuriera czy od Urzędu Skarbowego, ale wiadomość w e-dzienniku przecież to jest twierdza. Tam są oceny, nieobecności i uwagi o tym, że młody znów biegał po korytarzu. Właśnie to zaufanie wykorzystują oszuści. Ministerstwo Edukacji alarmuje - mamy włamania do e-dzienników.
To nie był żaden zmasowany atak hakerski w stylu filmów o Bondzie. Nikt nie musiał łamać kodów na serwerach. Prawda jest bolesna. Oszuści po prostu znaleźli klucze, które nauczyciele zostawili sami pod wycieraczką.
Jak? Bardzo prosto. Oszust kupuje w sieci bazę haseł, które wyciekły z jakiegoś sklepu z butami czy forum dla wędkarzy. Jeśli pan od historii używał tego samego hasła do forum i do Librusa, droga wolna. Wchodzi na konto i zaczyna się festiwal kreatywności.
Pierwszy to prośba o np. 35 zł. Kwota mała, nie budzi podejrzeń, ale przy trzydziestce dzieci w klasie oszust zgarnia tysiąc złotych w kwadrans. Kolejna metoda, na link. Klikasz w ważne materiały do sprawdzianu i właśnie zainstalowałeś sobie wirusa, który teraz podgląda twoje konto w banku. Trzecia metoda to wysyłanie sprośnych wiadomości, żeby zrobić dym i sprawdzić czujność szkoły.
Dlaczego im to wychodzi? Bo mniej niż co piąty nauczyciel używa dodatkowego kodu SMS przy logowaniu. Reszta polega na jednym starym haśle. To tak, jakbyśmy wstawili pancerne drzwi, ale zamknęli je na plastikową zasuwkę.
Co zrobić, nauczycielu? Włącz podwójne logowanie. Rodzicu, jeśli pani od polskiego nagle prosi o przelew, wykonaj ruch analogowy, czyli chwyć za telefon i zadzwoń do szkoły. Stary, dobry telefon to ciągle najlepsza tarcza na cyfrowe przekręty.
Pamiętajmy, że w sieci jest jak na drodze. - zasada ograniczonego zaufania. Nawet jeśli pisze do nas sam Librus.